Thursday, October 31, 2013

wycinamy dynię!

Wirtuozem artystycznym nie jestem, ale pojawienie się na świecie Mika spowodowało, że zaprzyjaźniłam się z ołówkiem i kredkami :) Mój syn uwielbia prace plastyczno-techniczne!
Jesień w pełni, zatem  obiektem naszego zainteresowania stała się dynia. Ta sama, którą w weekend przywieźliśmy z farmy (poprzedni post). Postanowiłam zatrzymać się na trochę dłużej przy tym pomarańczowym warzywie. Poczytałam i dowiedziałam się kilku naprawdę ciekawych rzeczy! Wiedzieliście, że dynia była już znana ludziom ponad 7 tys. lat temu?!?  Jako pierwsi uprawiali ją Indianie, zamieszkujący tereny obecnego Peru. Do Europy została przywieziona przez Hiszpanów dopiero w XVI w. To tutaj właśnie powstała jej nazwa – początkowo Grecy, dla których to warzywo było egzotyczną rośliną, nazwali ją pepon, czyli duży melon. Francuzi, których dynia zachwyciła kulinarnymi właściwościami, przezwali ją pompon, Anglicy zaś zaczęli ją nazywać pumpion. Ostateczną nazwę, która znamy do dziś, zawdzięczamy europejskim emigrantom, którzy jako pierwsi kolonizowali bezbrzeżne obszary Ameryki Północnej.
Rodzina dyniowatych na świecie obejmuje około 120 rodzajów i około 800 gatunków. Różnią się one kolorem, kształtem i wielkością. Ta ostatnia różnica stała się punktem wyjściowym do licznych konkursów organizowanych na całym świecie, a zwłaszcza w Ameryce. Co roku pobijane są rekordy w wielkości wyhodowanych dyni. Ostatni rekord świata należy do Amerykanów, którzy doczekali się 821 kg dyni. W Polsce natomiast wyhodowano dynię ważącą „jedyne” 514 kg. Nie jest to przerażająca waga, jeśli weźmie się pod uwagę długi okres przechowywania tego warzywa. W zależności od rodzaju, warzywo to przechowywać można nawet do 6 miesięcy. Trzeba jednak spełnić kilka warunków: temperatura nie może przekraczać 10–15° C, dynia powinna być trzymana z dala od bezpośredniego źródła światła, ale w miejscu przewiewnym. Należy pamiętać także, że warzywo to nie lubi niskich temperatur, dlatego też przechowywanie całej dyni w lodówce jest niedopuszczalne. Takie warunki zarezerwowane są jedynie dla pokrojonej w kawałki i owiniętej w folię spożywczą dyni. W ten sposób można ją przechowywać w lodówce do 5 dni. Dynię można także mrozić, i to na 2 sposoby. Luźno zapakowane do torebek czy woreczków kawałki przetrwają w zamrażarce nawet przez kilka miesięcy. Natomiast dyniowe puree z miąższu najlepiej mrozić w pudełeczkach.
Indianie już od wieków wykorzystują dynię w kuchni ze względu na jej bogate oleje i białko ziaren. Tak popularna, zwłaszcza właśnie w  kuchni amerykańskiej, dynia nadaje się do smażenia, pieczenia, gotowania i marynowania. Dla mnie jest to jedno z ulubionych warzyw w kuchni. Uwielbiam dynię pod każdą postacią. Z miąższu warzywa przygotować można zupę, racuchy, farsz do naleśników, a nawet ciasto czy dżem. Dynia świetnie pasuje do kurczaka i sprawdza się jako składnik wegetariańskiego risotto. Pasuje również jako składnik deserów. Oprócz miąższu, w kuchni wykorzystuje się także pestki dyni. Dodaje się je np. do sałatek, ciast, ciasteczek lub chlebów dyniowych. Wyciśnięty z nich zaś olej jest smacznym dodatkiem do wielu potraw – należy jednak pamiętać, by nie używać go do smażenia – pod wpływem, wysokiej temperatury tworzy szkodliwe związki. Ponieważ zdrowe odżywianie jest dla mnie bardzo ważne staram się zwracać uwagę na to co jem. Dynia, choć sama brzuchata, należy do warzyw niskokalorycznych, bogatych w witaminy i składniki mineralne. Zawiera witaminy C, D, B1, B2, PP, kwas foliowy i dużą dawkę beta-karotenu (zwłaszcza pomarańczowa odmiana), mającego działanie antyutleniające, które z kolei przeciwdziała nowotworom i chorobom układu krążenia. Pestki obfitują w duże ilości cynku i lecytyny, a sok z dyni jest najlepszym połączeniem żelaza, miedzi, magnezu i potasu. Jedzenie dyni na pewno wzmacnia układ odpornościowy, pobudza trawienie, obniża poziom tłuszczów we krwi, pomaga zredukować tkankę tłuszczową, działa uspokajająco i pomaga w dolegliwościach nerek.
(wiadomości pochodzą z Kulinarnych Łowców Świata)
 
Wyposażona w dość solidną wiedzę na temat dyni zabrałam się za jej wycinanie. Lampion z dyni nazywany jest w stanach jack-o'-lantern. Nie mam dużego doświadczenia w rzeźbieniu. W tamtym roku robiłam to pierwszy raz w swoim życiu. Myślę, że w następnym wyjdzie mi jeszcze lepiej. Akcję dyniową rozpoczęłam od zakupu specjalnego zestawu pumpkin carving kit. 
 
Zestaw składał się z łopatki, karbowanego nożyka, dyniowych oczu i nosa w różnych kształtach i rozmiarach. Kosztował jedynie $1 w Dollar Tree Store (o sieci tych sklepów przy innej okazji!).
Dla początkującego takie oprzyrządowanie jest w sam raz :).
 

 
 
Zaczęłam od wycięcia "ogonka" dyniowego zwykłym nożem. Potem doczytałam, że mogłam sobie również przygotować szablony na tę część dyni, np. w kształcie gwiazdy. Cóż, człowiek uczy się na swoich błędach :) Dynia była twarda i sprężysta, ale nie włożyłam dużo wysiłku w tę czynność. 
 
 
 
 
Łopatką z zestawu wybrałam pestki. Gdybym miała trochę więcej czasu to zajęłabym się nimi. Można je prażyć i potem chrupać zimowymi wieczorami. Dynia była spora, więc musiałam kilkakrotnie nurkować w dyni i wybierać jej wnętrze.
  
 
 
 
Dynia już prawie pusta w środku. Jeszcze tylko kilka machnięć. Bardzo ważne by dokładnie oczyścić wnętrze. Można też posmarować dynię od środka olejem, pozwoli to na dłużej zachować jej świeżość.
 
 


Potem przyszedł czas na akcesoria. Miki wybrał dyniowe oczy, a ja przyłożyłam je w miejsce, gdzie chcieliśmy by się znalazły. Skóra dyni jest twarda, więc trzeba było mocno docisnąć by został ślad.
 


 
 Ślad wyglądał tak :)
 
 


 Potem użyłam nożyka z zestawu. Bardzo dobrze się nim posługiwało. Jego pokarbowane ostrze z łatwością przecinało warzywo wzdłuż wcześniej odciśniętych kropek.
 
  
 

Udało mi się wyciąć takie oczy. Całkiem nieźle jak na żółtodzioba :)
 
 

 
 Następnie wycięłam w ten sam sposób nos, a później wyżłobiliśmy zębiska!
 
 


Oto efekt końcowy! Do środka włożyliśmy świeczkę o zapachu jabłkowo-cynamonowym.
W domu pachnie jesienią na całego! 
 



A to jest dynia, którą zrobił Miki. Zdjęcie kiepskiej jakości, ale nie mogłam się oprzeć :)
Dla mnie to najpiękniejsza rzeźbiona dynia na świecie!


 
 
To było bardzo interesujące doświadczenie. Uśmialiśmy się, aż brzuchy nas bolały, a przy tym rodzinnie spędziliśmy czas. W przyszłym roku obiecuję podnieść poprzeczkę. Może zainspirują mnie prace, które wykonał pan z załączonego filmu. Imponujące!
 
 
 
 Happy Halloween !!!
 
 
 
 

Wednesday, October 30, 2013

harvest time

Jesień to chyba teraz moja ulubiona pora roku. Kiedyś była nią wiosna, ale od czasu coraz bardziej panoszących się wszędzie pyłków alergicznych, zieleń budząca się do życia nie niesie już niestety ze sobą skojarzeń jedynie dobrych. Zdecydowanie wolę jesienny spacer po parku w cieplejszym płaszczu niż pierońsko swędzące oczy na wiosnę.
Jesień w Pensylwanii jest bardzo podobna do naszej polskiej złotej. Ogromne dywany z liści wyściełające trawniki w parkach i ogrodach, mienią się feerią ciepłych barw. Od delikatnego żółtego, przez śmielszy pomarańcz, do intensywnej czerwieni i znów spokojnego brązu.
Gdyby tak zapytać przeciętnego Amerykanina z czym kojarzy mu się Fall (wciąż próbuję się przestawić z wyuczonej w szkole Autumn :) ), wymieniłby jednym tchem: harvest time (zbiór plonów), pumpkin patch (zbieranie dyni z zagonu), apple picking (zrywanie jabłek), pumpkin carving (wycinanie dyni), Halloween (wiadomo), Thanksgiving (Święto Dziękczynienia). Rzeczywiście jest co robić o tej porze roku.
 
My mamy to szczęście, że miejsce, gdzie mieszkamy otoczone jest gospodarstwami rolnymi. W zeszły weekend wybraliśmy się więc do jednej z nich na zbieranie dyni i jabłek. Farma, którą wybraliśmy to Grim's Greenhouse (http://grimsgreenhouse.com/). Zgodnie z mapą, dotarcie tam zajęło nam 9 minut. Na miejscu zastaliśmy dobrze przygotowane parkingi i mnóstwo atrakcji. Mile zaskoczył nas fakt, że każdy odwiedzający farmę mógł bezpłatnie skorzystać ze specjalnego wózka, by nie dźwigać zebranych owoców. Pojazd spodobał się zwłaszcza Mikowi. Wszędzie do tej pory za podobne udogodnienia musieliśmy dodatkowo płacić. Po odebraniu wózka stanęliśmy w dłuuuugiej kolejce po bilety. Tak! Amerykanie wiedzą jak zarabiać pieniądze. Tu płaci się nie tylko za zebrane owoce i warzywa, ale również za szereg atrakcji nazwijmy to towarzyszących. Najlepiej jest kupić bilet combo, zbierający różne atrakcje w kilka wariantów. My wybraliśmy opcję z labiryntem w polach kukurydzy (corn maze), jazdą traktorem na sianie (hay ride) i placem zabaw (play corral). Odpowiedniego koloru opaski na rękę były sygnałem dla wpuszczających, które atrakcje wybraliśmy.
 
ja i Miki w kolejce po bilety
Naszą wycieczkę zaczęliśmy od kukurydzianego labiryntu. Za mapkę trzeba było zapłacić dodatkowego $1. Labirynt był naprawdę skomplikowany. Mapka nic nie dała. Próbowaliśmy posiłkować się nawigacją z telefonu (hihihi), bo wizja spędzenia całego popołudnia błądząc po niezliczonych, krętych i wysokich korytarzach z kukurydzy, była dla nas niezbyt ciekawa. W wyborze odpowiedniej drogi miały pomóc pytania, na pozór proste choć czasem naprawdę podchwytliwe. Po jakichś 30 minutach błądzenia dotarliśmy do wyjścia. (hurra!).
 


kukurydziana zagadka
 
Następnym punktem na naszej trasie były sady owocowe. Przed wejściem do nich zostaliśmy zaopatrzeni w torby i poinstruowani jakie gatunki można dziś zbierać oraz jak to prawidłowo robić. Zatem aby  urwać jabłko należy je chwycić całą dłonią i przekręcić trzy razy w jedną stronę. Sprawdziliśmy i rzeczywiście udawało nam się zrywać te owoce  bez najmniejszego wysiłku. Do naszego koszyka trafiły następujące odmiany jabłek: Sun Crisp, Wine Crisp, Snapp Staymen, Enterprise, Muslin Pink Lady, Mutsu i Cameo. Moja wiedza na temat jabłek ogranicza się tylko do tego ja je jeść i jak z nich zrobić szarlotkę, więc nie napiszę nic więcej o różnicach między naszymi zbiorami. Jedno jednak jest warte podkreślenia. Kiedy kupuję jabłka w markecie Miki jedząc je, narzeka na swędzące gardło. Te kupione na farmie schrupał bez najmniejszego drapnięcia. Niestety wniosek jest jeden. Sklepy komercyjne oferują nam warzywa i owoce spryskane środkami chemicznymi, po których występują reakcje alergiczne. Ohyda! Będę musiała wizytę u farmera wpisać w moją trasę zakupową.


drzewka owocowe
dojrzałe jabłka
jabłka pachniały cudnie
Miki w sadzie
 
Zebrane jabłka włożyliśmy do naszego wózka i poszliśmy polować na dynie. Dobrze, że ubraliśmy kalosze, bo tenisówki raczej nie skończyłyby dobrze po tej wyprawie. Pumpkin patch to po polsku grządka dyniowa. Nigdy wcześniej nie widziałam jak rośnie to warzywo i byłam zaskoczona, że jej pędy wiją się po ziemi (więcej o samej dyni w następnym poście przy okazji robienia jack-o'-lantern). Weszliśmy na pole uprawne i zrobiło się bardzo pomarańczowo. :) Jeździliśmy wózkiem pomiędzy grządkami, szukając naszej dyni.  Wybór nie był łatwy, ale w końcu udało się!
 
moja mała dynia całoroczna

otoczeni na pomarańczowo

a tu takie okazy

Miki odkrył dynię w kształcie kijanki i nawet była zielona!

morze mini dyń

zgadnijcie kto tu stał za obiektywem

moja mała dynia w wersji śmiejącej się

 
Miki na traktorze
Po przygodzie z dyniami postanowiliśmy zrobić sobie przejażdżkę traktorem. Było przyjemnie, ale siano pozostało tylko w nazwie. Tak naprawdę traktor ciągnął wygodną przyczepkę z siedzeniami dla około 20 osób. Trochę szkoda, bo na sianie byłoby naprawdę po wiejsku. Wycieczka traktorem trwała 15 min. Farmer kierowca obwiózł nas po gospodarstwie. Było na co popatrzeć. Ogromne przestrzenie z polami uprawnymi różnego rodzaju. Warzywa i owoce dojrzewające w poszczególnych miesiącach. Wszystko rozplanowane zgodnie z kalendarzem siania.

próbujemy karmić kozę
Wytrzepało nas na przyczepie i trochę zgłodnieliśmy, a tu jeszcze tyle do zrobienia na farmie!
Miki prosto z  traktora popędził do zwierzątek w mini zoo i zanim go dogoniliśmy on już karmił kozę suszoną kukurydzą :). Zwierzę było średnio zainteresowane jedzeniem. Myślę, że liczba turystów przewijająca się każdego dnia przez farmę może być powodem przyszłej nadwagi tego biednego zwierzątka! Oprócz kozy były też kury i indory. Hmmm... ciekawe co z nimi zrobią przed świętem dziękczynienia.


Ostatnim punktem na mapie był plac zabaw dla dzieci. Miki wytarzał się w piasku i kurzu, słowem po wszystkim był bardzo nie wyjściowy :) Najważniejsze jednak, że szczęśliwy. Kiedy moi chłopcy się "bawili", poszłam zważyć dynię i jabłka. Właściciele bardzo ciekawie to rozwiązali. Podjeżdża się tym wózkiem do wielkiej stodoły, w której są wagi i kasy. Można nawet płacić kartą (w stodole!!!).
Nasza dynia ważyła 16 lb czyli jakieś 7kg. Zapłaciliśmy za nią $8 (w markecie dynia podobnej wielkości kosztuje $4). Przed kasą wystawione były jeszcze różnego rodzaju przetwory z jabłek, dyni i innych sezonowych darów natury. Zaciekawiło mnie masło jabłkowe, ale nie miałam jakoś specjalnie na nie ochoty. Kupię je następnym razem! Poniżej kilka zdjęć z placu zabaw.



Zachodzące słońce i szybko spadająca temperatura była dla nas sygnałem, że czas wracać. Spakowaliśmy do bagażnika nasz warzywno-owocowy kosz i ruszyliśmy do domu.
To było bardzo przyjemne popołudnie. Dużo się dowiedziałam i nauczyłam. Kiedy mieszkaliśmy w Polsce nie pamiętam, by w ten sposób celebrowano jesienne zbiory. A przecież Polska to trzeci największy producent jabłek na świecie! Przed nami są tylko Chiny i Stany Zjednoczone. Mamy też tak wiele obszarów rolnych, a to byłby doskonały sposób na ich promocję. Cóż, pozostaje mi mieć nadzieję, że ktoś kiedyś podejmie podobną inicjatywę. Może już podjął?!?

Ja wracam do swoich jabłek i dyni. Jabłka trzeba zjeść a dynie powycinać i przygotować na halloween!

A Wy macie jakieś swoje ulubione miejsca, które lubicie odwiedzać jesienią?







 

Monday, October 28, 2013

miało być na rok...

Dokładnie dwa lata temu na lotnisku w Newark, NJ wylądował samolot linii Lufthansa z nami na pokładzie. Spakowaliśmy do walizek trochę naszego życia i wyruszyliśmy ku amerykańskiej przygodzie. Ja i moje chłopaki: mąż M. i nasz wtedy czteroletni synek Miki. Zdobywanie kontynentu miało trwać tylko rok, dzisiaj zaczyna się trzeci!
Wszystko zaczęło się w rumuńskiej krainie wampirów. Spędzaliśmy tam letnie wakacje. Odpoczynek nad Morzem Czarnym przerwał nam dźwięk telefonu. Patrzyłam na M. próbując odczytać wachlarz min przemykających po jego twarzy. Koniec rozmowy i potem TO pytanie: "jedziemy do stanów na rok?!?". Pojechaliśmy! M. do pracy nad międzynarodowym projektem, a ja i Miki jako "osoby towarzyszące" :). Zamieszkaliśmy w Pensylwanii, na przedmieściach jednego z trzech największych miast tego stanu. Nasze spokojne miasteczko, otoczone górami, lasami i jeziorami, bardzo przypadło nam do gustu.
Tak oto żyjemy sobie w tym kolorowym tyglu kultur i narodów, próbując łączyć polskie zwyczaje    z amerykańskim stylem życia.
 
Dlaczego postanowiłam dołączyć do, już robiącego duże wrażenie, grona polskich bloggerek za oceanem? Ponieważ każde przemyślenia i zapiski są inne. Mam nadzieję, że moje będą czytane z równie dużym zainteresowaniem jak te, nad którymi na dłużej zatrzymuję się ja .
Przede wszystkim będę pisać dla siebie, dla naszej tęskniącej rodziny i przyjaciół.
Nie wiem jak długo jeszcze potrwa Nasza Ameryka, dlatego chciałabym za Horacym "chwytać dzień", mając nadzieję, że te elektroniczne kartki zatrzymają wspomnienia na dłużej.
W ciągu tych ostatnich dwóch lat w USA, veni, vidi i vici bardzo dużo. Teraz, po pierwszym zachłyśnięciu się american dream, dojrzałam do tego, by pisać.
Myślę, że blog to idealne miejsce na subiektywną ocenę doświadczeń, jakie przynosi każdy dzień. Zatem let me begin. Zapraszam do amerykańskiego świata widzianego moimi oczami!