Sunday, January 26, 2014

Świąteczne pocztówki z Polski :)

Trudno uwierzyć, że święta były odległy miesiąc temu. Na szczęście zimowa aura sprzyja pisaniu tego posta i pozwala na ponowne "wczucie się" w świąteczną atmosferę. Dzisiejszy wpis ma charakter fotorelacji, gdyż nie sposób ująć w jednym miejscu wszystkiego co wydarzyło w czasie naszej podróży do Polski. Byliśmy tam 24 dni - prawie miesiąc! Niestety czas biegł, mam wrażenie, dwa razy szybciej niż zazwyczaj... Powrót do DOMU będzie zawsze książkowym przykładem "chwytania dnia", filozofii życia, o której pisał w swych pieśniach Horacy. Staraliśmy się być jak NAJczęściej z naszymi bliskimi, odwiedzić jak NAJwięcej przyjaciół, zobaczyć jak NAJwięcej "starych" miejsc, zjeść jak NAJwięcej polskich potraw i pozałatwiać jak NAJwięcej spraw formalnych wymagających naszej obecności. Tu każda minuta była cenna, do tego stopnia, że czasem nawet spać było nam szkoda :) 

Wylecieliśmy z lotniska w Newark liniami Lufthansa, które są dla mnie póki co najlepszym operatorem, z którym przyszło nam podróżować. Połączenie wręcz idealne. Wylot późnym popołudniem, pora w sam raz, by po osiągnięciu wysokości przelotowej zjeść kolację. Lecieliśmy Boeingiem 747. Nie napiszę, że to komfortowy samolot, bo żaden nim nie jest po kilku godzinach lotu. :) Jednakże ponieważ wiatry sprzyjały, trasę transatlantycką do Frankfurtu pokonaliśmy w 6,5 godziny! W Niemczech byliśmy rano polskiego czasu. Nie ukrywam, że dużą niedogodnością pozostają dla mnie loty łączone, gdyż na niemieckich lotniskach muszę pokonywać odległość pomiędzy około 40 gate'ami, co zajmuje mi średnio 20 minut szybkim marszem. Ponieważ zawsze towarzyszą mi  bagaże podręczne i te małe tupiące stópki Mika, który dzielnie dotrzymuje mi kroku, cała operacja przesiadkowa to nie lada wyzwanie. Dodam, że jakoś tak wychodzi, że z reguły podróżujemy z M. osobno i to ja zawsze lecę z Mikim. 

w drodze :)

Przylecieliśmy godzinę przed planowanym lądowaniem, zatem miałam jeszcze sporo czasu na wypicie porannej kawy. Tu kolejny plus dla Lufthansy. Nie ważne jaką klasą podróżujesz, jeśli jest to lot łączony to przy gate'ach czekają automaty z kawą i herbatą, o całkiem przyzwoitych walorach smakowych. Oczywiście jest to usługa bezpłatna, co znacznie umila trudy podróży.


5:28 rano i jesteśmy prawie na miejscu, uff :)

Potem jeszcze krótki przelot do Krakowa lub Katowic. Choć z reguły wybieramy Kraków, tym razem lądowaliśmy w Katowicach. Pogoda dobra, więc ten drugi lot przebiegł bez przeszkód.

Najtrudniejszym zadaniem po podróży jest uporanie się z różnicą czasową, która bezlitośnie wpływa na samopoczucie. Mój sposób jest dość skuteczny, choć niełatwy. Przetrzymuję potrzebę spania do wieczora i staram się położyć tylko odrobinę wcześniej niż zrobiłabym to normalnie. Teraz pytanie jak przetrzymać? W lecie jest mi łatwiej, ponieważ jeszcze w ten sam dzień kiedy przyjeżdżam moja Mamcia zabiera mnie na zakupy. Butów dodam :) Jest to bardzo pobudzające zadanie i działa. Teraz w zimie było o wiele trudniej. Z lotniska pojechaliśmy do Mamci na obiad, a potem do domu dziadka, w którym teraz zatrzymujemy się kiedy jesteśmy w Polsce. Za oknem zimno i szaro, w domu ciepło i przytulnie, sen sam cisnął się na powieki. Z pomocą przyszła siostra M. Kasia, która przyjechała do nas z całą swoją wesołą gromadką. Najpierw na siedząco przy stole, potem już prawie leżąco pod kocem dotrwałam do 21. Potem usnęłam jak dziecko i rano obudziłam się rześka i wypoczęta. Moja metoda działa! Niesamowite jakie zdolności adaptacyjne ma ludzki organizm! ;)

Jedną z pierwszych rzeczy, które robimy po przylocie to wizyta w salonie fryzjerskim. Jakoś tak się złożyło, że jeszcze nie znalazłam w Stanach odpowiednika mojej pani Moniki, która doskonale wie jak zająć się moimi włosami. Ponadto jeszcze się nam nie zdarzyło, by amerykański fryzjer obciął Mika zgodnie z naszym życzeniem. Fryzura najprostsza na świecie "na rekina", czyli wygolone boki i trochę więcej włosów na czubku. To raptem kilka ruchów nożyczkami i maszynką, trochę żelu i gotowe. Zaobserwowałam, że większość amerykańskich chłopaków w wieku Mika ma fryzury mało atrakcyjne, zwłaszcza porą zimową. Jak to się u nas mówi, obcięcie jak od garnka. Naprawdę nie przesadzam! Kiedy my prosimy o inne obcięcie nigdy nie wychodzi ono tak jak powinno...
W lecie na szczęście nie mamy problemu, bo M. staje się osobistym stylistą włosów Mika i przy użyciu maszynki, obcina go na krótko. Co za ulga dla jego gęstej czupryny!


nasza pani Monika w akcji :)
Bardzo lubię pierwszy weekend po naszym przylocie. Wtedy do domu dziadka zjeżdża się cała nasza wesoła rodzinka. Dziadziu się cieszy, chłopcy hałasują, dom tętni życiem, a mamy gotują nasze ulubione polskie dania. Na pierwszy rzut idzie mój ulubiony żurek, niezastąpiony rosół i bogracz :) 


trójka w komplecie nad rosołem babci

Na swoje sprawy mieliśmy te kilka dni przed Wigilią. Niestety okres przedświąteczny nie sprzyja załatwianiu formalności, więc nie wszystko udało nam się w kalendarzu odhaczyć.

Raz, dwa, trzy i trzeba było się szykować do Wigilii. Tegoroczne święta spędzaliśmy trochę w rozjazdach. Najpierw w naszym rodzinnym mieście, a potem w górach w domu moich teściów.

Ubieranie choinki, zakupy, gotowanie i pieczenie pierniczków. Te ostatnie wyszły wybornie. Znalazłam bardzo prosty przepis, chętnie się nim podzielę, jeśli ktoś będzie zainteresowany :).

przygotowania do pieczenia

praca wre!

ciasteczka before i after

W wypieki zaangażowali się wszyscy domownicy. Mój teściu poświęcił nawet swoje śrubki, by zrobić dziurki w ciasteczkach, a potem wykałaczką jak prawdziwy artysta ozdabiał wykrojone kształty. Bo nie wspomniałam, że część pierniczków zawisła na choince :)

Teraz trochę o samej Wigilii. Odkąd zamieszkaliśmy razem z M. jemy ją zawsze w dwóch domach, u mojej Mamci i u jego rodziców. A to oznacza, dwa razy tyle pyszności i jednocześnie duuuuży brzuch :) Moja Mamcia czyli Babcia Lusia nie jest wielbicielką zbieraczy kurzu, do których na pewno należy choinka. Dla Mika jednak przygotowuje małą choineczkę, która zawsze bardzo mu się podoba. Góra prezentów było większa od choinki!!! 


świątecznie u Mamci

Ze względu na podwójną Wigilę, kolację u Mamci zaczynamy zawsze wcześniej. W tym roku o 17:30. Moja Mama wie, że po wizycie u niej czeka nas jeszcze jedna biesiada przy stole, dlatego wyrozumiale podaje nie za duże porcje. Bardzo to lubię. ponieważ po kolacji u niej dobrze się czuję, nie jestem ociężała i przejedzona. Mama stara się, by na stole pojawiło się 12 dań. Policzmy więc:



1/ opłatek
2/ chałka z miodem
3/ zupa grzybowa
4/ barszcz czerwony




5/ fasola jaś
6/ pierogi z kapustą i grzybami
7/ uszka z grzybami
8/ kapusta z grzybami





9/ kapusta z grochem
10/ ziemniaki
11/ ryba - w tym roku łosoś
12/ kompot z suszu (nie zdążyłam zrobić zdjęcia, był tak pyszny, że wypiliśmy go bardzo szybko:) )

Po tych pysznościach jeszcze ciasto do wyboru i koloru plus kawa. Mniammmmm.....

Inaczej niż w Stanach, prezenty rozpakowaliśmy jak zawsze po kolacji. Miki wykazał się dużą cierpliwością, spokojnie zjadł i poczekał na TEN moment. Do swojego imienia dodał jeszcze tytuł "święty" i porozdawał niespodzianki czekające pod choinką.


nasze prezenty!

Tak cieszyliśmy się ze wspólnie spędzonych Świąt Bożego Narodzenia. Nie ma jak u Mamy!



Mamcia i Miki

My

Czas oczywiście mijał bardzo szybko i nim się obejrzeliśmy trzeba było jechać na drugą kolację, serwowaną w domu dziadzia, gdzie w kuchni rządziła moja teściowa. Z rodzicami M. do stołu siadło w sumie 10 osób. Potrawy podobne, ale mama M. lubi jeszcze podać coś nowego, co zawsze urozmaica wigilijny stół. Poniżej zdjęcie kompotu z suszu (uwielbiam go!), pierogi ze szpinakiem, kulebiok czyli ziemniaki z serem białym i przyprawami w cieście francuskim, smażony mintaj i dzwonki z karpia. Gdyby tylko w żołądku było więcej miejsca! Na szczęście po Wigilii są jeszcze dwa dni świętowania :)

a tymczasem na drugim stole...

Jak już wspomniałam drugą część świąt spędzaliśmy w Żywcu, w domu, którzy moi teście wybudowali w górach. Niestety zabrakło śniegu, przez co klimat nie był bardzo świąteczny.
Byli za to .... kolędnicy, którzy pukali do drzwi przez kolejne kilka dni. I byli to kolędnicy z prawdziwego zdarzenia. W pamięci miałam małych ministrantów, którzy chodzili po mieszkaniach i nie potrafili wyśpiewać do końca nawet jednej kolędy. Tutaj... WOW! Zresztą zobaczcie sami!



Górale wiedzą jak świętować przybycie Pana Jezusa na ziemię :) Byłam zupełnie zaskoczona zwyczajem odwiedzania się nawzajem, bez specjalnego zaproszenia czy zapowiedzi. Czasem byliśmy jeszcze w czasie obiadu, a tu już sąsiad pukał do drzwi z "flasecką" :)

Najwięcej świątecznej frajdy mieli nasi chłopcy, którzy biegali po całym domu, z góry na dół. Cudownie było słyszeć dziecięcy śmiech. Uwielbiam taki domowy chaos!

Mik z kuzynami :*

Kiedy odpoczywaliśmy w górach, przyjechała nasza kochana rodzinka. Te spotkania są zawsze takie ciepłe i serdeczne. W takich momentach uświadamiam sobie jak bardzo mi ich wszystkich brakuje.



Poniżej jeszcze kilka zdjęć świątecznych.

nasze górskie widoki z okna

żywa choinka z naszymi pierniczkami, jabłkami, ozdobami dzierganymi z koronki (arcydzieło!) i cukierkami tak jak za dawnych lat

piękna drewniana szopka zamawiana u tutejszych górali

dekoracje świąteczne

Kiedy jesteśmy w górach bardzo lubimy spacery nad wodospad, tak było i tym razem.

Miki by mama

mama by Miki
A na koniec jeszcze zdjęcie Faro, przepięknego wielkiego psiaka, którego adoptował mój brat i jego żona Beatka. Kiedy go pierwszy raz zobaczyłam, pomyliłam go z tym zwierzakiem z niekończącej się opowieści. Hihihihi!!! Straaasznie fajny zwierzak i bardzo grzeczny.



To byłoby na tyle tych moich opowieści świątecznych. Cieszę się, że je udokumentowałam, z chęcią do nich wrócę za kilka lat :) Mam nadzieję, że i Was choć trochę zainteresowały.

Tymczasem pozdrawiam i zabieram się za zdjęcia z powitania nowego roku w .... Kołobrzegu!

Tuesday, January 21, 2014

Now that is what you call winter!!!

Podczas, gdy w Polsce zima dopiero się zaczyna, w Stanach trwa już na całego. Zaskakującym wciąż dla mnie pozostaje zamykanie szkół z uwagi na złą pogodę. W tym roku szkolnym doświadczyliśmy tego wielokrotnie, a dzisiejszy dzień również jest tego przykładem.
Kiedy o 6. rano M. powiedział Mikowi, że szkoła jest dzisiaj zamknięta, dziecko przez sen krzyknęło radosne hurra! Mały cieszył się, że zamiast kolejnych zadań z matematyki będzie mógł porobić sobie "aniołki" na śniegu. Trochę później wielkie wyspane roześmiane oczy patrzyły przez szybę na padający śnieg. Ciepło zrobiło mi się na sercu :).
 
Dlaczego w amerykańskich szkołach funkcjonują specjalne przepisy dotyczące złej pogody, a w Polsce dzieci brną przez największe zaspy, byleby tylko dotrzeć na pierwszą lekcję? Jedno słowo: BEZPIECZEŃSTWO. Nie mnie jest oceniać na ile dbanie o nie jest przesadzone, a na ile jest zgodne z rzeczywistością.
Z perspektywy rodzica wygląda to tak, że o 5:30 dzwoni telefon z informacją nagraną przez superintendenta - szefa szefów całego naszego okręgu szkolnego. Jeśli nie odbierzemy to telefon dzwoni jeszcze kolejne dwa razy. Jednocześnie na podany w szkolnym formularzu osobowym adres mailowy przychodzi ta sama informacja, którą słyszymy w słuchawce.
 
Good morning, this is Rich Sniscak, Superintendent of Schools writing to inform you that Parkland Schools will be closed Tuesday, January 21, 2014 and there will be no nonpublic transportation.  I repeat, Parkland will be closed Tuesday, January 21, 2014.  Thank you for your cooperation. 
 
Ponieważ pracuję z domu informacja o odwołanych zajęciach nie jest dla mnie problematyczna. Jednak komuś, kto codziennie wyjeżdża z domu do pracy, taka sytuacja mocno komplikuje dzień. Trzeba wtedy wziąć wolne w pracy, bądź dzwonić po opiekunkę, która niekoniecznie może mieć czas. Pozostaje jeszcze instytucja zwana "dziadkowie", ale w Stanach i oni są czynni zawodowo do bardzo podeszłego wieku, a później pakują swoje rzeczy i przeprowadzają się na Florydę albo do wygodnych domów opieki, które tutaj nie mają prawa być złe.
 
Czy Amerykanie w kwestii pogody są nadopiekuńczy, przewrażliwieni? Nie sądzę, no może trochę. Kluczem do wyjaśnienia tego zjawiska jest transport, który każda szkoła zapewnia swoim uczniom. Mówimy o znanych z filmów żółtych autobusach. Okręg szkolny Mika zarządza  flotą, która dziennie przewozi 10 000 uczniów (!), zatrzymując się na ponad 1000 przystanków. W liście skierowanym do rodziców na początku września superintendent wyjaśniał jak działa procedura odwoływania zajęć w szkołach i czym jest uwarunkowana.
Otóż jeśli wieczorem bądź w nocy następuje pogorszenie pogody, wydział transportu wysyła o 4 nad ranem kilka autobusów, by sprawdziły warunki panujące na drogach. Ich zadaniem jest najpierw przejechanie przez najbardziej problematyczne obszary, do których dociera szkolny transport. Parkland School District to bardzo rozległy okręg szkolny, więc jest gdzie sprawdzać! Jednocześnie w tym samym czasie superintendent rozmawia ze  stacją meteorologiczną oraz z lokalnymi jednostkami odpowiedzialnymi za porządek na drogach (odśnieżanie, posypywanie solą, itp.). Po zebraniu kluczowych informacji władze okręgu mają czas na podjęcie decyzji do 5:30. Później uruchamiana jest procedura informacyjna, o której pisałam wcześniej. Dodatkowo lokalne media przekazują do publicznej wiadomości komunikaty otrzymane z okręgu szkolnego. Niezła machina, prawda?
 
Dzisiejsze odwołanie zajęć było naprawdę uzasadnione. Śnieg pada od godzin porannych aż do teraz :) Są jednak dni, kiedy uważam, że ta ostrożność jest mocno przesadzona.
 
Wracając jednak do naszej śnieżnej krainy, muszę powiedzieć, że mimo wiatru i gęsto padającego śniegu, nie mogliśmy się oprzeć zimowej aurze i wyszliśmy z domu.

Oto kilka fotek, które udało mi się zrobić zamarzającymi dłońmi :)

śnieg pada, śnieg pada...

... cieszą się dzieci!

domek klubowy, w którym odbieramy swoją pocztę też został zamknięty

Długo szukałam butów zimowych, które "dałyby radę", w końcu znalazłam! The North Face to był strzał w dziesiętkę.
Buty wykonane są z tego samego materiału co kurtki wodo i wiatroodporne. Ocieplane w środku powodują, że żadna zaspa nie jest mi straszna. Gdyby ktoś potrzebował podam szczegóły!

znikający pod śniegiem ClubHouse

zacinający śnieg uniemożliwiał spokojne pozowanie do zdjęcia
 
Miki na polu golfowym :):):)


 robimy aniołka!


 aniołek :)))))))


 zabawki do piasku, dlaczego nie?!?


 ostre odśnieżanie


dookoła śnieg!


Patrzę w telefon na prognozę pogody. Jutro -10C, ale bez opadów.
Czy Miki pójdzie do szkoły dowiem się nie wcześniej niż jutro o 5:30 :)
Tymczasem spoglądam za okno i cieszę się śniegiem błyszczącym w świetle księżyca.
Przypominają mi się stare czasy, kiedy chodziłyśmy wieczorem z koleżankami na "górkę",
a potem całe mokre suszyłyśmy się na grzejnikach w naszych klatkach schodowych. Ech... :)
 
Publikuję ten post, ponieważ ponowne wchodzenie w rutynę dnia codziennego,
po prawie miesiącu bycia w Polsce, nie przebiega tak gładko, jakbym sobie tego życzyła :)
Jeszcze tylko kilka edycji zdjęć i relacja z PL będzie gotowa. :) Dziękuję za cierpliwość!
 
Pozdrawiam czytających z krainy tymczasowych śniegów!
 

 
 
 
 

Tuesday, January 7, 2014

Życzenia Noworoczne



Witajcie w 2014 r.! Walcząc z jet lagiem otworzyłam komputer by życzyć wszystkim zdrowia - ono najcenniejsze, optymizmu towarzyszącego nawet najdrobniejszej naszej czynności, ogromu miłości, bo to ona dodaje nam skrzydeł i wiary w swoje nieskończone możliwości.
 
Trochę czasu minęło od ostatniego postu. Wczoraj po trzech tygodniach spędzonych w Polsce wróciliśmy do Pensylwanii. Jak tylko uporam się ze zmianą czasu i tym co dookoła, zabieram się do pisania, jest o czym!