Thursday, February 13, 2014

Chory z urojenia by Molière

Czas na trochę kultury :) Wyjeżdżając do Stanów ubolewałam nad faktem, że skończą się nasze wypady do teatrów. Kiedy mieszkaliśmy w Polsce dostęp do sztuki w każdym wydaniu był bardzo łatwy: Kraków, Katowice, Sosnowiec, Chorzów! Powiecie, że przecież w USA jest Polonia, ale my niestety nie mieszkamy blisko polskich wydarzeń kulturalnych. Chicago to już inna strefa czasowa, a NYC to miejsce na całodniową wycieczkę, a nie na tylko wieczorne wyjście. W Pensylwanii powoli wydeptuję swoje ścieżki. Udało mi się właśnie wkroczyć na tę kulturalną. Zapowiada się ciekawy sezon! Pamiętacie post o Kopciuszku wystawiany przez szkołę średnią w naszym rejonie szkolnym? Tym razem sekcja artystyczna zabrała się za Molière'a i muszę przyznać, że wyszło im to znakomicie! W pewien sobotni styczniowy wieczór wybrałam się z koleżanką na sztukę Imaginary Invalid. Oto jak była ona promowana w internecie:
 
 
O Parkland High School już pisałam, więc dzisiaj skupię się na samej sztuce. Imaginary Invalid czyli Chory z urojenia opowiada historię hipochondrycznego Argana, który nieustannie wmawia sobie kolejne choroby, gdy tymczasem cieszy się dobrym zdrowiem. Napisana w 1673r. przez Molière'a komedia, od 350 lat niezmiennie cieszy się popularnością, a zawarte w niej prawdy doskonale wpisują się nie tylko w XXI wiek, ale również w nasze otoczenie. Któż z nas nie zna osoby, która nadmiernie analizuje swoje samopoczucie? Ja osobiście pełnię rolę dyżurnego hipochondryka w naszej rodzinie :) Od czasu wyjazdu do USA mam mniejsze pole do popisu, bo tutaj wyszukiwanie sobie chorób kosztuje fortunę. Tak więc o chorobach nie myślę i nie choruję!!!
 
Główny bohater Argan większość spektaklu spędza na tronie-fotelu z podnóżkiem na kółkach, pulpitem do pisania i bocznymi siedzeniami. Zmyśla kolejne dolegliwości i usilnie kombinuje, jak by tu zwrócić na siebie uwagę. Nieustannie domaga się współczucia i politowania. Jeśli ktoś chce mu sprawić komplement, lepiej, by powiedział: "jaki pan schorowany" niż "jak pan dziś zdrowo wygląda". Tak wyolbrzymiona i nadmuchana hipochondria, zamiast budzić litość, w pewnym momencie po prostu... bawi. Dlatego spektakl jest komedią, ale opierającą się na życiowych prawdach, które czasami nie do końca są wspaniałe i idealne.
Uciekając się do absurdu, Molier pokazuje nam, współczesnym, „chorobę” jako metaforę samotności, wyobcowania i potrzeby zwrócenia na siebie uwagi otoczenia. Dlatego z pozoru lekka komedia odkrywa przed widzem słabość i naiwność ludzką oraz nieudolność  medycyny wobec cierpienia duszy, niewidocznego dla „szkiełka i oka”. Molière ośmiesza ślepą wiarę w lekarzy, wszystko jednak kończy się szczęśliwie, jak na komedię przystało.
 
Chory z urojenia - szkic z 1674r.
 
Licealiści w roli aktorów, bardzo dojrzale podeszli do trudnego ale wszechobecnego tematu samotności. Teraz samotnym jest się nawet w tłumie, a często większym przyjacielem jest ten wirtualny. Sposobów na zwrócenie na siebie uwagi jest wiele, a choroba jest jednym z nich.
Ponadczasowość sztuki pozwoliła na dużą dowolność w doborze kostiumów. Twórcy z PHS postawili na steampunk, czyli hybrydę ery wiktoriańskiej i rewolucji przemysłowej. Kobiety o wąskiej talii w sukniach z trenem i wysokich butach z metalowymi klamrami. Mężczyźni we frakach i lekarze w długich białych fartuchach. To wszystko złożyło się na ten kostiumowy styl.
Osobiście bardzo podobało mi się takie ujęcie tematu ponieważ wyraźnie zaznaczyło ponadczasowość sztuki.
Ponieważ siedziałam w drugim rzędzie tuż za orkiestrą to nawet nie próbowałam robić zdjęć :) Udało mi się w sieci znaleźć zdjęcia szkiców przedstawiających modę steampunk. Oto jeden z nich:
 
www.steampunktribune.com
 
Nie będę wam streszczać fabuły tej molierowskiej komedii, licząc na to, że albo uda wam się znaleźć ten spektakl, gdzieś blisko was albo sięgniecie po książkę. :) Pozwolę sobie jednak na kilka słów na temat bohaterów sztuki:
 
ARGAN - główny bohater, hipochondryk, o którym wyżej powiedziałam najwięcej.
 
TIONETTE - służąca Argana, kluczowa postać sztuki, która jest główną inicjatorką intrygi mającej na celu uwidocznić naiwność głównego bohatera.
 
ANGELIQUE - starsza córka Argana z pierwszego małżeństwa, uczciwa i dobrze wychowana osoba. Nie chce podporządkować się woli ojca, który dla potrzeb własnych znalazł jej męża - lekarza. Angelique zakochana w kimś innym i stara się wytłumaczyć ojcu bezsens jego żądań.
 
BELINE - druga żona Argana, pozornie opiekuńcza, a w rzeczywistości bezwzględna kobieta, lubiąca przebywać w towarzystwie innych mężczyzn. Związana z Arganem tylko i wyłącznie  ze względu na jego status finansowy. Nie może się doczekać kiedy "schorowany" umrze i przekaże jej cały swój majątek.
 
BONNEFOI - notariusz, który z polecenia Beline ma sporządzić testament, w którym Argan przekazuje Beline cały swój dobytek.
 
CLEANTE - ukochany Angelique. Ci dwoje  darzą siebie wzajemnym uczuciem i próbują nie bezpośrednio przekonać Argana do swojej miłości.
 
DR. DIAFOIRUS - przyszły teść Argana, którego główny bohater sam sobie wybrał
 
THOMAS DIAFOIRUS - przyszły zięć z wyboru
 
LOUISE - młodsza córka Argana, mało znacząca postać, na której Argan wymusza powiedzenie prawdy w sprawach Angelique
 
BERALDE - brat Argana, który w zmowie z Toinette przygotowuje intrygę, która rozwiązuje problemy głównego bohatera
 
Bohaterów jest o wiele więcej, ale wybrałam tych, którzy mieli największy wpływ na całą historię.
 
 
Molière, którego ja oglądałam wystawiany był w języku angielskim, miałam więc pewne obawy czy uda mi się wszystko zrozumieć tak, by przesłanie sztuki do mnie dotarło. Moje obawy na szczęście nie sprawdziły się. Były oczywiście słowa, zwłaszcza te medyczne, których nie znałam, ale nie miało to wpływu na ogólne rozumienie.
Wiem, że w Stanach można oglądać Molière'a po polsku. W pakiecie kanałów, które odbieramy mamy takie ciekawe zjawisko telewizyjne jak iTVN. Nadawane są tam reklamy lokalne, czasem takie, że płaczemy ze śmiechu. Można też jednak dowiedzieć się ciekawych rzeczy o teatrach kabaretach i koncertach dla Polonii. 22 lutego Teatr 6.piętro będzie wystawiał Molière'a w Chicago (TU informacja na ten temat).
 
Jean Baptiste Poquelin / Molière 1622 - 1673
Chciałam jeszcze zwrócić uwagę na samego twórcę Chorego z urojenia. Otóż Molière, urodzony jako Jean-Baptiste Poquelin, rozpoczął swoją karierę jako aktor, by nieco później zająć się pisaniem. Założył The Comédie-Française (Komedię Francuską) - teatr narodowy we Francji, który na dzień dzisiejszy jest jedynym w kraju należącym do i zarządzanym przez aktorów, dzielących się na trzy grupy. Są to: pensionaires – "gościnni", którzy w przeciwieństwie do polskiego znaczenia są zatrudnieni na etacie; sociétaires – "stowarzyszeni", tj. aktorzy, którzy mianowani są dożywotnio Komediantami Francuskimi pracujący jednocześnie na etacie – wystawiają swoich reprezentantów do rady współadministrującej teatrem wraz z dyrektorem, którego wybierają; sociétaires honoraires, czyli "honorowi stowarzyszeni" – emeryci, lub dawni sociétaires, którzy nie mają trwałego etatu w Komedii Francuskiej, a tylko czasami gościnnie (w polskim znaczeniu) występują na deskach sceny narodowej. Od 1993 roku jednym z sociétaires jest Andrzej Seweryn, który w Komedii Francuskiej nie tylko występuje, ale także reżyseruje. Teatr wystawia w sposób tradycyjny, nieraz wręcz konserwatywny francuską klasykę.
 
budynek Komedii Francuskiej
 
Molière napisał rolę Argana dla siebie, tuż po tym jak zdiagnozowano u niego zapalenie płuc.  Zmarł na scenie podczas wystawiania właśnie Chorego z urojenia. W trakcie czwartego przedstawienia komedii Molière przeżył zapaść, gdy odgrywał scenę śmierci Chorego, a wkrótce po tym zmarł. Jego prochy spoczywają na cmenatrzu Père-Lachaise w Paryżu.
 
 
grób Molière'a
Panujący w środowisku teatralnym przesąd, że kolor zielony przynosi pecha aktorom wziął swój początek od zielonego ubrania, które miał na sobie Molière, kiedy zmarł na scenie.
Punkt główny sceny, czyli fotel Argana, ten na którym siadał i zmarł Molière, można wciąż oglądać w muzeum przy Komedii Francuskiej w Paryżu. Pojawia się na scenie tylko w rocznicę urodzin mistrza każdego 15 stycznia.
 
krzesło, na którym zmarł Molière
 
Sztukę gorąco polecam, a poniżej przedstawiam jeszcze kilka złotych myśli Molière'a, które skłaniają do przemyśleń po dziś dzień:
 
Jeśli zadaniem komedii jest poprawiać przywary ludzkie, nie pojmuję, czemu niektóre z nich mają być pod tym względem uprzywilejowane.

Najstraszliwszy cios zadaje się ułomnościom, wystawiając je na szyderstwo świata.

Obłudnicy posiadają sztukę zabarwiania pięknymi kolorami wszystkich swych intencji.

Kobieta nie powinna opierać całej swojej nadziei tylko na swych powabach.

Jeśli potrafisz śmiać się z siebie - to najlepszy dowód, że masz poczucie humoru.

Jest rzeczą zachwycającą, że w wielkości każdego z geniuszy znajduje się zawsze ziarno szaleństwa.

Profesja hipokryty przynosi wspaniałe korzyści.

Najkrótsze błędy są zawsze najlepsze.

Ciekawość rodzi się z zazdrości.

Nie ma rzeczy tak niewinnej, której ludzie nie mogliby przemienić w zbrodnię.

Młodość jest głupia, starość nie mędrsza czasami.

Głupiec, co nic nie mówi, niczym się nie różni od milczącego mędrca.

Człowiek godzi się na to, iż może być złym, ale nikt nie godzi się być śmiesznym.

Kto cały świat ceni, nie ceni nikogo.



I tymi mądrymi refleksjami, które pozostają z nami nawet po wygaszeniu świateł teatralnej rampy, kończę na dziś!
 

 
 

Sunday, February 9, 2014

Czy Dreamliner jest rzeczywiście dream?

Dzisiaj krótko o podróży Dreamlinerem na trasie Warszawa - Nowy Jork. Od razu chciałabym zaznaczyć, że są to moje osobiste wrażenia, jak najbardziej subiektywne. :)

Oczywiście nie sposób oddzielić maszyny od linii lotniczej, która jest jej właścicielem. Przypuszczam, że gdyby operatorem lotu była moja ulubiona Lufthansa wrażenia mogłabym mieć trochę inne. Tu niestety gorzka prawda o naszych Polskich Liniach Lotniczych LOT - jeśli nie muszę to nimi nie latam. I to nie z uwagi na  flotę, ale na jakoś świadczonych usług i poziom udogodnień. Broń Boże nie jestem jakąś zmanierowaną księżniczką, która musi mieć kocyk i podusię, ale mam na swoim koncie już kilkanaście transatlantyckich lotów i wyrobiłam sobie własne zdanie na temat takich podróży. Nigdy nie leciałam ani pierwszą klasą ani biznes, więc moja opinia dotyczy tylko podróży w klasie ekonomicznej. Myślę, że kluczowe znaczenie ma tu również dla mnie długość lotu. Lecąc liniami niemieckimi z Krakowa bądź Katowic, mamy zawsze przesiadkę w jednym z niemieckich miast (Frankfurt lub Monachium). Lot rozkłada się na dwa krótsze, przez co jest mniej męczący. 

Wróćmy jednak do Dreamlinera


SIEDZENIA

Ponieważ wiedzieliśmy, że czeka nas długa podróż, z wyjątkową precyzją wybieraliśmy miejsca przy rezerwacji. Do osób niskich raczej nie należymy, dlatego liczył się w zasadzie każdy centymetr. Udało nam się kupić trzy środkowe miejsca w pierwszym rzędzie klasy ekonomicznej. Przed nami nie było foteli, a od biznesu oddzielała nas ścianka, przez co było o wiele więcej miejsca na nogi. Niestety nie obyło się bez nieprzyjemnej sytuacji już na samym początku. Ponieważ nasze miejsca były jednymi z najatrakcyjniejszych w klasie ekonomicznej, siedzący za nami ludzie postanowili wykorzystać swoje dziecko jako kartę przetargową i zażądać od stewardess naszych miejsc, tłumacząc, że ktoś z obsługi lotu wcześniej im je obiecał. Zaczęły się więc do nas pielgrzymki kolejnych pracowników z pytaniem czy możemy się zamienić. Ostatecznie skończyło się na tym, że M. odstąpił swoje miejsce matce, która w tak nieetyczny moim zdaniem sposób wykorzystała swoje dziecko. Tłumaczyła, że tylko przy naszych miejscach są uchwyty, na których można powiesić samolotowe łóżeczka dla dzieci. 

jedna z niewielu chwil kiedy maluszek leżał w kołysce

Zatem łóżeczko zostało powieszone, ale dziecko leżało w nim jakieś 30 minut na 10 godzin lotu... Przez resztę czasu rzekome miejsce dla malucha funkcjonowało jako podręczna półka na torby, coca colę i chipsy. Tupet pani sięgnął zenitu, kiedy przesiadła się z dzieckiem na tył, a miejsce koło Mika zajął jej mąż, który ściągnął buty i wywalił swoje nogi na ściankę, pogryzając chipsy przepijał je colą... Kiedy przechodziła koło nas stewardessa, która zabiegała o tę zamianę foteli, nie omieszkaliśmy powiedzieć jej jak wygląda rzeczywistość. Oczywiście oburzyła się, poprosiła o opróżnienie kołyski i wykorzystanie jej zgodnie z przeznaczeniem, ale była to już jakaś 8 godzina naszej podróży i o miłej atmosferze można było zapomnieć. 
Nie chcę być źle zrozumiana, nie mam nic przeciwko maleńkim dzieciaczkom, ale nie akceptuję ludzi, którzy wychodzą z założenia, że im się coś należy, bo sobie to z kimś "załatwili" i jeszcze wykorzystują do tego fakt posiadania dziecka. Jeżeli zależało im na miejscach z możliwością montażu kołyski, trzeba było dokonać rezerwacji z odpowiednią atencją i wyprzedzeniem. Ja też mam dziecko i nigdy nie wykorzystywałam go jako karty przetargowej! M. ustąpił miejsca jako dobrze wychowany człowiek, choć wcale nie musiał tego robić. Skończyło się to colą i chipsami. Eh... 

Wracając do meritum. Poniżej wnętrze samolotu w klasie ekonomicznej, trzy rzędy po trzy fotele w każdym.


MULTIMEDIA

Każde siedzenie było wyposażone w indywidualny ekran, na którym można było śledzić lot, oglądać filmy, grać w gry, słuchać muzyki lub korzystać z gniazda USB. Jednak w porównaniu z ofertą multimedialną linii United bądź znów Lufthansy, Lot wypadał bardzo niekorzystnie. Wybór filmów był bardzo ubogi. Pakiet podstawowy zawierał zaledwie cztery opcje: dwa hity hollywodzkie,  jeden film polski i jeden dla dzieci, w tym żadnych nowości. By móc oglądać coś więcej trzeba było wykupić "upgrade". Nawet nie pamiętam ile kosztował, nie byłam zainteresowana specjalnie. Lecąc z Mikim nie bardzo można się skupić na oglądaniu swoich filmów, nawet sześciolatek, który ma już "swoje" sprawy, wymaga atencji. Tak więc pomiędzy zabawą autkami, rysowaniem bohaterów z Lego Chima i czytaniem bajek, udało mi się obejrzeć dwa filmy: Pan Popper i jego pingwiny oraz Australia. Filmy nie wywołały u mnie jakichś głębszych uczuć, ale swoje zadanie rozrywkowe spełniły. Każdy ekran multimedialny można było obsługiwać za pomocą wyjmowanego pilota umieszczonego w siedzeniu. Ten sam pilot włączał również górne światło i przywoływał stewardessę. 



JEDZENIE

Teraz trochę o jedzeniu. Były dwa posiłki, w tym jeden ciepły. Jedzenie było smaczne, ale jak dla mnie było go zbyt mało jak na 10 godzin lotu, zwłaszcza, że lecieliśmy w dzień i nie spaliśmy w ogóle. Jedzenie było serwowane w bardzo ładnych pudełkach.

ciepły posiłek

przekąska na zimno
Podawano również dwa razy w ciągu lotu kawę i herbatę oraz napoje zimne. Natomiast wiadomo nie do dziś, że powietrze w samolocie jest bardzo suche, zatem zapotrzebowanie na wodę i soki jest większe. Tutaj znów wygrywa niemiecka linia, ponieważ na ich lotach obsługa w ciągu całego lotu kursuje między pasażerami z tacą pełną napitków. W Locie jeśli chce Ci się pić to musisz udać się na koniec samolotu do stewardess, można też użyć przycisku w pilocie, ale nie sposób przywoływać obsługę co godzinę :) Dodatkowo rzecz miła, ale oczywiście nie najważniejsza, na pokładzie Lufthansy podaje się również w ramach ceny biletu białe i czerwone wino, piwo oraz inne popularne alkohole. W Locie za podobną przyjemność trzeba zapłacić.

ŁAZIENKI

Piszę o nich dlatego, że przy długim locie z mnóstwem napoi nawadniających, często się z nich korzysta. No i cóż, łazienka w samolocie wszędzie jest taka sama. Po kilku godzinach nie jest w niej przyjemnie. Dlatego zajrzałam do niej już na samym początku i porobiłam kilka zdjąć.

Zastałam krem do rąk i szczoteczki do zębów,


mydło w płynie,

odświeżacz powietrza i......


.... prawdziwą różę!


To z kolei bardzo miłe akcenty, które miały na celu uczynić wizytę w toaletach przyjemniejszą.


KOLOROWE OKNA

Innowacją, którą chwalił się producent Dreamlinera jest elektrochromowany materiał, który przyciemnia okna, ale nie zasłania widoczności. Załoga mogła dowolnie manipulować kolorem szyb, włączając nocą oświetlenie imitujące nocne niebo i budząc pasażerów światłami wschodzącego słońca. To naprawdę fajny gadżet, który tworzył przyjemne światło w środku. Zdjęcie dobrej jakości było jednak trudno wykonać.



INNE

Producent Dreamlinera podkreślał również, że w B787 wyciszone zostały odgłosy silników oraz zmniejszone odczuwanie turbulencji. Turbulencje czułam, ale może były silniejsze w rzeczywistości, natomias poziom hałasu trudno mi ocenić, ponieważ po długim locie każdemu jeszcze przez długi czas szumi w głowie :)
Działo się  coś nieciekawego z klimatyzacją, ponieważ w niektórych miejscach pasażerom dosłownie woda kapała na głowę. Obsługa wkładała w cieknące miejsca ręczniki papierowe, ale był to zabieg niestety tymczasowy. 

Do Nowego Jorku na JFK dotarliśmy cali i zdrowi, ale końcówka była nieciekawa. Tu jednak zawiniło lotnisko. Otóż po wylądowaniu przyszło nam spędzić kolejne kilkadziesiąt minut w samolocie, ponieważ była kolejka do "rękawów" przy gate'ach. Pasażerowie mocno się niecierpliwili, odpinali pasy i mimo upomnień obsługi, ściągali z luków bagażowych swoje walizki i szykowali się do wyjścia. Ostatecznie po około 40 minutach oczekiwania udało nam się wydostać z samolotu.

Cieszę się, że mogłam doświadczyć lotu Dreamlinerem. Jeśli będzie okazja chętnie polecę nim jeszcze raz, byle tylko nie na tak długiej trasie. :)))

Przygotowując tego posta znalazłam kilka ciekawostek na temat B787. Oto niektore z nich:

- Jeden pasażer B787 "waży" 12 mil morskich. Dreamliner zabierając na pokład jednego pasażera mniej mógłby przelecieć ponad 22 km dłuższy dystans.

- Gdyby całe włókno węglowe użyte do produkcji B787 ułożyć na taśmie o szerokości 2,5 cm, taśma ta ciągnęłaby się na długość ok. 3500 km. Tak długa taśmą można otoczyć Polskę wzdłuż granic wraz  z wybrzeżem.

- Aby wypełnić całą kabinę samolotu piłeczkami ping-pongowymi, trzeba byłoby zużyć 13 mln piłeczek. Przestrzeń bagażowa jest dwukrotnie większa - tam mieści się 27 mln takich piłek.

- Dreamliner produkuje ponad 1,5 megawatów energii. Jest to moc wystarczająca do zasilenia 3 sklepów spożywczych, 60 domów lub 2 mln iPodów.

- Gdyby ustawiono wszystkie samoloty 787 Dreamliner zamówione dotychczas przez linie lotnicze świata, to rozciągałyby się one na długość blisko 40 km.
(za onet.pl)

Miejmy nadzieję, że Dreamliner będzie doświadczał coraz mniejszej liczby usterek i awarii, a w zamian za to będzie cieszył się coraz większą popularnością wśród podróżujących.











Saturday, February 1, 2014

Noworoczne wspomnienia z Kołobrzegu...

Czas najwyższy zamknąć wspomnienia z 2013 roku :) Udało mi się zebrać w jednym miejscu zdjęcia z naszego wyjazdu do Kołobrzegu i co ciekawszymi dzielę się z Wami poniżej. Tak naprawdę nie planowaliśmy tego wyjazdu, wszystko zadziało się dość spontanicznie. Nowy Rok przywitaliśmy nad polskim morzem w towarzystwie naszych przyjaciół. Kołobrzeg o tej porze roku ma naprawdę wiele do zaoferowania, a przede wszystkim nie jest zatłoczony! Pogoda wymarzona i wszystko było tak jak ma być! Pojechaliśmy w trzy pary, dzieci zostawiając ucieszonym dziadkom. :) Zatrzymaliśmy się w hotelu Baltic Plaza, który mogę z zupełnie czystym sumieniem polecić wszystkim tym, którzy chcieliby odpocząć nad morzem. Pokoje duże i wygodne z aneksem kuchennym, sypialnią, dużym salonem i balkonem. Basen i sauna, do tego restauracja serwująca śniadania i obiadokolacje w cenie pokoju! Wisienką na torcie była odległość, która dzieliła nas od plaży. Wystarczyło zaledwie kilkanaście kroków, by znaleźć się nad morzem. 

Do Kołobrzegu przyjechaliśmy późnym popołudniem w poniedziałek 30 grudnia. Załatwienie hotelowych formalności zajęło nam chwilę, a zaraz później wszyscy zgodnie wyrwaliśmy na pierwszy spacer nad morze. Było ciemno i cicho, w oddali można było usłyszeć szumiące fale. Bardzo przyjemne doznanie :). Latarkami oświetlaliśmy sobie drogę. Morze zimne, brrr!!!

Pierwszy wieczór zakończyliśmy w pokoju, przy kieliszku wina, wspominając stare dobre czasy. Śmiechu było co niemiara. :) Dobrze tak czasami oderwać się od rzeczywistości, schować na drugim końcu Polski i w dobrym towarzystwie zapomnieć się trochę. 

Nie chcieliśmy stracić ani jednej chwili nad morzem, więc o 23. kulturalnie się pożegnaliśmy i rozeszli do swoich pokoi. 

Co prawda na wschód słońca nie mieliśmy siły (łóżka były bardzo wygodne, a pościel przyjemnie szeleściła), ale zjedliśmy duże śniadanie i byliśmy gotowi do wyjścia już o 10. Oczywiście każdy z nas chciał zobaczyć Bałtyk za dnia. Bardzo lubię ten moment, kiedy jeszcze nie widać morza, ale już go słychać. Zanim dotrze się na plażę mija się charakterystyczne drzewa iglaste, dochodzi do malych wydm, a potem.....






Czy można chcieć czegoś więcej?!? Zawsze będę twierdzić, że nasze polskie morze jest wyjątkowe. Morze nie jest najcieplejsze, ale na pewno ma to coś, co wyróżnia je spośród innych. ... 
Spacerowaliśmy trochę osobno, trochę razem. Każdy z nas miał swoje "sam na sam" z naturą. 





Chcieliśmy przejść plażą do samego mola i prawie nam się udało. Zatrzymały nas jednak tereny wojskowe, do których należał też kawałek plaży niedostępny dla cywili.  Skorzystaliśmy więc z ostatniego publicznego wejścia i resztę trasy do molo pokonaliśmy miejskimi drogami i dróżkami. To też było przyjemne!

Z dużym sentymentem zatrzymałam się przed szkołą, do której kiedyś przyjechałam na letnie kolonie. To było..... ponad 20 lat temu! Sama byłam zaskoczona, że jeszcze pamiętałam ten budynek. Wspaniale wspominam tamten wyjazd. To była moja druga kolonia w życiu. Ciekawe czy teraz organizowane są dla dzieci wyjazdy w podobnym klimacie. Chciałabym by mój Mik przeżył coś podobnego kiedyś. 

"moja" szkoła, niewiele się zmieniła!
Wspomagani mapą, elektroniczną oczywiście :),  dotarliśmy do smażalni ryb, którą polecili nam nasi znajomi, regularnie odwiedzający Kołobrzeg w porze letniej.  Poniżej owo wspomniane miejsce, które ja również bardzo gorąco polecam! Ryby u Rewińskiego! (www.rewinski.pl)





W miarę szybko udało nam się znaleźć stolik i cóż to była za uczta! Zaczęliśmy od śledzia w śmietanie. Był tak miękki i delikatny, że sam rozpływał się w ustach. Pycha! Zanim zdążyłam zrobić zdjęcia ryby już prawie nie było!


Potem było już tylko lepiej :) Przedstawiam Wam dania,  które zamówiliśmy z M.

dorsz w sosie grzybowym z grzankami czosnkowymi 
halibut  z pieczonym ziemniakiem
panierowany dorsz

Ten ostatni okazał się być absolutnym majstersztykiem. Zwykła smażona ryba, cudo!

a wszystko w towarzystwie białego wina

Po obiedzie poszliśmy na spacer po deptaku. Ja obowiązkowo odwiedziłam stragany z pamiątkami i kupiłam magnes do naszej kolekcji. Teraz dumnie wisi na naszej amerykańskiej lodówce obok suwenirów z NYC, Chicago, Hawaii czy Grand Canyon! Wisi i wcale nie jest mu źle!

pamiątki

Deptak kołobrzeski ma wiele do zaoferowania. Zaledwie kilka kroków dalej uśmiechnęła się do nas Cafe Americano (www.cafeamericano.pl). Jak tu się nie oprzeć gofrom z bitą śmietaną i owocami, które ostatnio jadłam nie pamiętam kiedy! Do tego jeszcze latte i mogłabym stać się stałym klientem :)






Cudne jeszcze w tym wszystkim było to, że te wszystkie słodkie grzechy można było konsumować na zewnątrz, w ratanowych fotelach pod ciepłym polarowym kocykiem, ciesząc oczy falami bawiącymi się z piaskiem.

A wiecie co było dalej? Grzane wino... uff z pomarańczami! Zimno? Co to jest zimno?!? :)



Szliśmy więc sobie, syci i szczęśliwi. 



Minęliśmy Pomnik Zaślubin Polski z Morzem, który stoi w tym samym miejscu nieprzerwanie od 1963 roku! 



Na przeciwko pomnika na plaży powiewała polska flaga. Gdzieś tam w sercu jakaś patriotyczna nutka została trącona..



Przydarzył nam się też po drodze nieplanowany zakup obrazu autorstwa lokalnego malarza. Nasz kolega zaintrygowany techniką 3D wsadził swój palec w sam środek świeżo namalowanych kwiatów :)



W końcu je zobaczyliśmy! Kołobrzeskie molo, prezentowało się pięknie w zachodzącym słońcu.



Wokoło czyste i niezatłoczone plaże ze spacerowiczami.





Na molo było równie spokojnie jak na plaży.






A my w doskonałych nastrojach, bo przecież nie liczy się gdzie tylko z kim! :)



Nasz długi spacer zakończyliśmy wizytą u jubilera sprzedającego biżuterię z bursztynu. Ceny konkretne, ale rzeczy bardzo eleganckie!



Nasze nogi powiedziały zdecydowane "nie" spacerowi powrotnemu, więc wzięliśmy taksówki. Musieliśmy rozdzielić się na dwie grupy i co dziwne ( a może nie), były dwa kursy w to samo miejsce i dwie różne ceny. Ciekawe od czego to zależy, od uczciwości czy nastroju kierowcy...

Po takim spacerze należał nam się zasłużony odpoczynek. Nie którzy poszli po prostu spać, a inni w tym ja, zajrzeli na basen. To bardzo przyjemne rozwiązane po całym dniu wędrówki.

Potem już wiecie co było :) kąpiele, makijaże, stylizacja włosów, przymierzanie kreacji, byleby być gotowym na godzinę 19. Uśmiałam się, kiedy okazało się, że tematem przewodnim imprezy jest dziki amerykański zachód! Nasza sala taneczna wyglądała tak..... :):):)



Czyżby Ameryka była moim przeznaczeniem?!?

Zabawa prowadzona była przez panią wodzirej, przyznam, że całkiem sprawnie poradziła sobie ze swoim zadaniem. Bawiłam się bardzo dobrze, jedzenie było smaczne i było go dużo. Para naszych przyjaciół w konkursie tanecznym wygrała voucher na weekend w Baltic Plaza. Ja natomiast byłam ostatnią, naprawdę OSTATNIĄ, osobą, która zeszła z parkietu, a było to o godzinie 4 nad ranem. Cudownie się wytańczyłam. Pod koniec DJ grał piosenki na moje życzenie, a wśród nich dwie które zasługują na wspomnienie. Jedna z długą brodą, ale wciąż mnie budząca:



Druga to hit z 2013, świetnie się przy niej tańczyło!




Znacie? Moc energii, nawet kiedy to piszę chce mi się tańczyć!

O północy czekało na nas na zewnątrz ognisko i szampan. Hotel przygotował imponujący pokaz sztucznych ogni. 10, 9, 8, 7, 6, 5, 4, 3, 2, 1 i witaj 2014. Życzenia, serdeczności, uściski, pocałunki, łzy wdzięczności za to co było i nadzieja na dobro, która może przyjdzie. Bardzo dobra końcówka roku. Świetnie się bawiłam. M. siła ściągał mnie z parkietu!



1 stycznie, sen.... długi sen. Długi na tyle, by zdążyć na świąteczne śniadanie, które wyrozumiale zostało przedłużone do 11:30. Nie chcąc tracić czasu, znów wybyliśmy na miasto, tym razem, skracając czas dotarcia do deptaku, za pomocą samochodów. Zaparkowaliśmy prawie przy samym molo i jeszcze raz poszliśmy zobaczyć Bałtyk. Wdrapaliśmy się też na latarnię morską.






Spotkaliśmy też grupę morsów rozgrzewających się przed mroźną kąpielą. Rozgrzewka była jednak bardzo długa i nie mieliśmy zbytnio ochoty czekać na te zimowe pluski.


Jeszcze kilka zdjęć i czas było wracać do hotelu na.. noworoczne skoki narciarskie :)



U mnie jednak morze wygrało ze sportem i kiedy podjechaliśmy pod hotel wybrałam się na pożegnalny niestety już spacer. Plaża koło hotelu była bardziej naturalna, wręcz dzika, przez co milsza dla oka szukającego wytchnienia w przyrodzie. 



Wieczór zakończyliśmy w hotelowym spa. Zrelaksowani i ze świadomością, że następnego dnia wstajemy wcześnie, grzecznie udaliśmy się na spoczynek.

Do Katowic wracaliśmy przez Świebodzin, więc mogłam sobie pooglądać "naszego" Jezusa. Jest ogromny, nawet z perspektywy autostrady! 



Jestem bardzo wdzięczna i bardzo się cieszę, że tak właśnie zakończyłam stary i powitałam nowy rok. Wiem, że właśnie zaczął się luty, ale dobrze było sobie raz jeszcze przypomnieć te cudne chwile.
Mam nadzieję, że i Wasz początek roku był wspaniały!



A już niebawem relacja  pierwszej podróży Dreamlinerem na trasie Warszawa - Newark.

Pozdrowienia!