Monday, March 31, 2014

Dinner Theater czyli sztuka do kolacji!

W miniony piątek wybraliśmy się na kolację do miejsca, gdzie nie tylko można zjeść, ale również przy okazji doświadczyć ciekawej rozrywki. :)
Pojechaliśmy do Saucon Valley Acres - domu weselno-bankietowego, który na czas naszego pobytu zamienił się w dinner theater. Co to takiego? Najprościej rzecz ujmując jest to forma rozrywki, która łączy w sobie posiłek w restauracji z inscenizacją sztuki lub musicalu. To kolejna rzecz, z którą po raz pierwszy spotkałam się tutaj w Stanach Zjednoczonych. W Polsce nawet nie słyszałam o czymś takim. Trochę poczytałam i okazuje się, że dinner theater ma długą historię. Nie wiem jaką powinnam podać polską nazwę dla tego typu rozrywki. Kolacyjny teatr nie brzmi jakoś poważnie, zatem będę się starała pozostać przy dinner theater. :)

Za początki dinner theater uznaje się średniowieczne kolacje przy madrygałach. Dla niewtajemniczonych madrygały to poetyckie utwory wokalno-instrumentalne, przy których bawiła się w dawnych czasach szlachta. Pamiętacie z filmów uczty, gdzie królowie z poddanymi biesiadowali, przy uginających się od jedzenia stołach, a na boku muzykanci przygrywali dla rozrywki?

Myślę, że rysunek powyżej bardzo dobrze odzwierciedla pierwotny zamysł.

W Stanach Zjednoczonych pierwszy formalny dinner theater został założony w 1953 r. przez Nancy i Davida Kilgore, w Richmond, w stanie Virginia. Teatr powstał w historycznej Hanover Tavern, a nazwano go Barksdale Theater. Teatr działa do dziś. Od 2012 r. jako Virginia Repertory Theater.

Hanover Tavern
Drugim tego typu teatrem był Meadowbrook Theater Restaurant, założony  w Cedar Grove w stanie New Jersey. Działał od 1960 r. przez następne 13 lat. Nie przetrwał z kilku kluczowych powodów. Po pierwsze od Manhattanu dzieliło go zaledwie 30 minut jazdy samochodem i trudno było mu konkurować ze sztukami wystawianymi na Broadwayu. Po drugie przy 700 miejscach siedzących trudno było zapełnić salę i kwestie finansowe dały o sobie znać. Poniżej zdjęcie teatru z  czasów jego świetności.

Meadowbrook Theater Restaurant
W marcu 1973 r. w Indianapolis w stanie Indiana, otwarto Beef&Boards Dinner Theater, jako część sieci teatrów założonych przez J. Scotta Talbotta. Teatr gra do dziś. Obecnie ma 450 miejsc siedzących, wystawia koncerty i sztuki z Broadwayu. Przedstawienia poprzedzone są kolacją w formie bufetu. Weszłam na ich stronę i rzeczywiście w swoim repertuarze mają wiele nowojorskich tytułów, a ponadto przygotowują również spektakle dla dzieci. Poniżej zdjęcie wnętrza teatru z Indianapolis. Wygląda całkiem przyjemnie.

Beef&Boards Dinner Theater
W 1949 r. niejaki Tony DeSantis otworzył w Evergreen Park, w stanie Illinois, restaurację Martinique Restaurant. By przyciągnąć klientów, tuż obok restauracji postawił namiot, w którym najmowani przez niego aktorzy odgrywali krótkie przedstawienia. Pomysł DeSantisa był bardzo trafiony, co skłoniło go do wybudowania w 1958 r. swojego pierwszego teatru Drury Lane Evergreen Park. Drury Lane był pierwszym z jego sześciu teatrów i do czasu swojego zamknięcia w 2003 r., przez 45 lat stanowił ważny punkt na lokalnej mapie kulturalnej. Inne wybudowane przez DeSantisa teatry nie odniosły już tak dużego sukcesu. W krótkim czasie zostały przejęte przez większe instytucje, stając się m.in Broadway Playhouse czy Marriott Theatre. Jedynym teatrem, który pozostał w rękach DeSantisa jest otwarty w 1986 r. Drury Lane Oak Brook. Aktualnie można tam oglądać Les Miserables, sztukę z pewnością godną uwagi. Fotografia z 1960 r. oddaje bardzo przyjemny klimat pierwszego dinner theater Tony'ego DeSantisa.

Drury Lane Evergreen Park
Pierwszym miejscem, gdzie scena i kolacja były w jednej sali był Candlelight Theater Restaurant w Waszyngtonie D.C. Podczas letniej przerwy na uniwersytecie, młody student Bill Pullinsi przekonał do swojej teatralnej koncepcji właścicieli Presidential Arms Hotel. Pomysł był  trafiony, ale jego realizacja była możliwa tylko podczas lata. W sezonie jesienno wiosennym, hotel był zarezerowany na różnego rodzaju konferencje. Pullinsi wrócil do Chicago i tam z pomocą swojej rodziny otworzył Candlelight Dinner Playhouse. Ważny odnotowanie jest fakt, że dinner theater Pullinsiego jako pierwszy wprowadził nowoczesne rozwiązania w postaci m.in. sceny hydraulicznej i oświetlenia. Niestety kłopoty finansowe spowodowały, że po 38 latach istnienia teatr został zamknięty.

Z Waszyngtonu do Chicago - Candlelight Dinner Playhouse 

Pisząc o teatrach z restauracjami nie mogę nie wspomnieć o Howardzie Douglassie Wolfe, który nazywany jest ojcem dinner theater. Począwszy od 1961 r. Wolfe założył sieć 27 teatrów na zasadach franczyzy, między innymi w takich stanach jak Nowy Jork, Virginia, North Carolina, Tennessee, Texas, Louisiana i Georgia. Każda z placówek była stylizowana na stodołę z dekoracjami farmerskimi typu pług, grabie, siano. Teatry nazywały się Barn Dinner (barn po angielsku to stodoła). Wolfe opatentował "magiczną scenę", która po zakończeniu jednego aktu znikała w podłodze i pojawiała się na kolejny z nową dekoracją, a cały proces trwał nie dłużej niż jedną minutę. Ostatecznie franczyza się rozpadła. Założony w 1964 r. The Barn z Greensboro w Karolinie Północnej działa nadal i jest jedynym z 27 oryginalnych teatrów Barn Dinner Theaters.

reklama The Barn w stanie w Virginia
W 1967 r. w Jacksonville na Florydzie został otwarty Alhambra Dinner Theater. Jest to najstarszy teatr w stanie, który wystawia sztuki do dziś. W budynku używana jest scena, która jest bardzo dobrze widziana z wszystkich 400 miejsc siedzących. Jak na Florydę przystało teatr też ma swój odpowiedni wygląd. :)

Alhambra Dinner Theatre
Do czasu swojego zamknięcia w 2009 r. największym teatrem w USA serwującym kolację w czasie spektaklu był The Carousel Dinner Theater, z 1200 miejscami siedzącymi. Niestety nietrafione inwestycje właścicieli i ogólnie zła sytuacja ekonomiczna w kraju doprowadziła do zakończenia działalności teatru.

Carousel Dinner Theatre
Za największy obecnie działający w Stanach Zjednoczonych dinner theater uznaje się otwarty w 1968 r. Chanhassen Dinner Theatres. Scena główna dysponuje 577 miejscami siedzącymi, the Firesside Theatre ma miejsc 230, a Playhouse Theatre 126. łącznie teatr może gościć 933 osoby!

Chanhassen Dinner Theatres

Lata 70. ubiegłego wieku były czasem rozkwitu dla teatrów kolacyjnych, które dostarczały rozrywkę dla lokalnej publiczności. W 1976 r. działało 146 formalnie zarejestrowanych teatrów tego typu. Szczególnie popularne były te, które w swojej obsadzie miały emerytowane już gwiazdy z dużego ekranu.

Czasy świetności zakończyły się w połowie lat 80. Wiele z teatrów zostało zamkniętych, głównie z powodów finansowych. Nie wszystkich było stać na opłacanie gwiazd filmowych, nawet tych na emeryturze. Ponadto do drzwi tych właśnie weteranów kina zaczęli pukać reklamodawcy telewizyjni z bardzo lukratywnymi propozycjami. Z badań opinii publicznych przeprowadzonych w tamtym czasie wynika również, że dotychczasowi odbiorcy tego rodzaju sztuki obiadowej, byli już nią po prostu  zmęczeni. W odpowiedzi na tę krytykę właściciele teatrów zwrócili się w stronę Broadwayu i zamiast promować gwiazdy, których już nie mieli, zaczęli kłaść większy nacisk na sam spektakl.
Dzięki tym zabiegom po roku 2000 koncepcja dinner theatre zaczęła przeżywać swój renesans.  

Obecnie w stanach działa wiele takich teatrów, ale tylko 19 z nich jest członkiem National Dinner Theatre Association. 
Istnieje podstawowa różnica pomiędzy teatrami członkowskimi, a tymi niezrzeszonymi. W tych pierwszych na scenie występują aktorzy należący do Actors' Equity Association. To pociąga za sobą szereg formalnych wymagań. W kontrakcie aktor musi mieć na przykład zagwarantowe noclegi, posiłki i ubezpieczenie. 
Podczas gdy wiele dinner theater wciąż działa jako organizacje non profit, by otrzymywać fundusze rządowe, wciąż ich większość to biznesy komercyjne. To właśnie te ostatnie wystawiają sztuki z kolacją 6 - 7 wieczorów w tygodniu.

Teraz wracając do nas. :)

Każda szanująca się korporacja ma dział zajmujący komunikacją wewnętrzną swoich pracowników. W jej ramach organizowane są różnego rodzaju wycieczki, wyjazdy, kolacje itp. Korpo, w której pracuje M. zaproponowało bilety do dinner theater. Zaciekawieni co to takiego, pojechaliśmy w piątkowy wieczór do Saucon Valley Acres - miejsca, gdzie mieliśmy zjeść kolację i obejrzeć spektakl kryminalny z udziałem publiczności. Zapowiadało się ciekawie.

Na miejscu okazało się, że będziemy oglądać teatr turystyczny, podróżujący po całej Pensylwanii. Sala, na której wszystko miało się odbyć na co dzień pełni rolę bankietowej, położonej w dość nietypowym miejscu, wśród domów rodzinnych. Kiedy wysiedliśmy z samochodu było bardzo cicho i spokojnie.
nasz cel
parking zapełniony
romantyczny mostek
budynek z bliska
Przywitano nas open barem i przekąskami. Ponieważ spektakl miał być utrzymany w konwencji kryminalnej pouczono nas, że w czasie coctail hour w barze będą pojawiać się odtwórcy głównych ról ze wskazówkami dla nas. Mieliśmy być czujni i uważni. Niedługo poźniej podszedł do nas Neil Prussell, alias Tony Falsetto - główny bohater. Kilkakrotnie przypomniał, że znajdujemy się na konferencji zarządzania odpadami, a potem chętnie zrobił sobie ze mną zdjęcie.
ja w objęciach włoskiej mafii :)
O godzinie 19. wpuszczono nas na salę główną. 


Tam przy eleganckich okrągłych stołach czekała na nas sałatka na przystawkę oraz...


... instrukcję na dzisiejszy wieczór. :)


Kiedy jedliśmy na środku sali pojawili się aktorzy, którzy próbowali wszystkim oglądającym przybliżyć występujące pięć postaci. Historia w zasadzie prosta. Jest Tony Falsetto - szef. Paullie jego bratanek i  prawa, niezbyt zaradna, ręka. Jest też zazdrosna żona Tony'ego - Carlotta, a także jego rosyjska masażystka Natasha. Towarzystwo zamyka dr. Bellamy - rodzinna terapeutka, podkochująca się w Carlottcie. Rodzinna Falsetto przybywa na konferencję w towarzystwie masażystki i terapeutki. 


Kłócą się, całują, przemawiają. Zapowiedź na danych nam kartkach jest dość zagadkowa:

Welcome conventioneers, to Tony Falsetto's Annual Waste Management Convention. As "trash collectors", you are all members of Tony's "family", and you better plan on taking care of "business"... Tony's way. We don't want any of last years's unpleasantness, and we all know Tony has a lot of enemies. So be ready to grab your piece and hit the deck as the bullets start flying. Just don't be alarmed if someone gets whacked... it's strictly business.

Z taką oto informacją zostawili nas aktorzy przy daniu głównym, które wybraliśmy już wcześniej podczas zakupu biletów. My jedliśmy warzywną lasagne, ale ... eh znów mogłabym pomarudzić. Nie było to nic smakowo powalającego. Ot masowa mamałyga :). Zjadliwa oczywiście. Zresztą na tyle, że nie zdążyłam jej nawet zrobić zdjęcia. Za to znalazłam czas by sfotografować deser. Ciastka i ciasteczka, kawa i herbata były powystawiane w formie bufetu w jednym z rogów sali. Przyznam, że było smaczne. Jako, że na co dzień nie jadam slodyczy, tego wieczoru doceniłam zawarty w nich cukier :).


Po deserze wrócili aktorzy. Zaczęłam wciągać się w tę historię i nagle BANG! i historia się skończyła. Hahaha! Było to dla mnie bardzo zaskakujące. Otóż, ktoś zastrzelił Tony'ego, a teraz zadaniem widzów było wskazanie mordercy. Na wypadek gdyby ktoś wybierał się na ten spektakl, szczegółów nie zdradzę. :)
To wszystko mogło być przedstawione bardzo interesująco, ale przypuszczam, że ograniczenia czasowe nie pozwoliły na rozwinięcie skrzydeł w pełni. NIKT przy naszym stoliku nie zrozumiał o co chodzi, więc na rozdanych nam kartkach po prostu strzelaliśmy. Ja i M. zgadywaliśmy na tyle dobrze, że ... wygraliśmy nagrodę! Wow! Wiadro popcornu, czekoladki, żelki owocowe i DVD spektaklu w pełnej wersji.


Grupą wystawiającą tę sztukę była Without a Cue Production. Jeśli ktoś ma ochotę poczytać coś więcej podaję stronkę: www.withoutacue.com
Aktorzy byli bardzo sympatyczni, podchodzi do stolików by robić sobie "selfie".
Do mnie podeszła pani doktor. :) Nawet podała swój twitter, z prośba o wrzucenie zdjęcia. Nazwała nasze zdjęcie "dwie okularnice".


Cały występ z posiłkiem zamknął się w dwóch godzinach. 

Gdybym miała podsumować całą koncepcję dinner theater powiedziałabym, że wszystko zależy od tego jak kto odbiera sztukę i jaki jej poziom jest prezentowany. Osobiście nie miałabym nic przeciwko obejrzeniu lekkiej komedii, przegryzając sałatkę. Aczkolwiek tego typu rozrywka kojarzy mi sie bardziej z wyjazdami na wczasy z animatorem. Wszystkie hotele w ciepłych krajach mają w swoim pakiecie taką opcję. Jesteś w Hiszpanii to jesz paellę i oglądasz flamenco, pojedziesz do Egiptu jesz grillowaną baraninę patrząc na lokalne tańce, a w Turcji robisz to samo przegryzając kebaba. Zatem nie ma tu miejsca na sztukę przez duże S. Nie wyobrażam sobie oglądania musicalu z Broadwayu w czasie jedzenia. Taka sztuka jest bardzo wzruszająca, wymaga skupienia i zaangażowania. Ja nawet kiedy jadę samochodem i słucham jakiegoś musicalu to gardło ma ściśnięte i jestem bardzo poruszona. Gdybym miała wybór byłby to zawsze teatr tradycyjny. Cieszę się jednak, że miałam okazję zapoznać się z dinner theater. Jeśli będę miała ochotę na dobrą zabawę przy dialogu aktorskim to pewnie skłonię się w stronę teatru przy kolacji.

Jeśli macie jakieś własne doświadczenia z dinner theater piszcie!

Sunday, March 23, 2014

Urodzinowe przyjęcie dla dzieci po amerykańsku!

Dzisiaj imprezowo. :) Przy okazji kolejnych urodzin, na które Mik został zaproszony, postanowiłam bliżej przyjrzeć temu skądinąd zjawisku. 
Pamiętacie swoje dziecięce przyjęcia urodzinowe? Nie było oficjalnych zaproszeń na kolorowym papierze i w eleganckiej kopercie. Zabawa była w domu. Nie pamiętam też specjalnie czy były jakieś dekoracje urodzinowe. Rodzice przygotowywali przekąski. Kolorowe kanapki, manadarynki,  oczywiście paluszki, ptasie mleczko. Nie mogło zabraknąć sałatki jarzynowej z wędliną i zwykłego polskiego chleba. To już było przyjęcie na poziomie! Mama piekła tort na biszkopcie i nie ozdabiała go superbohaterami. Bawiliśmy się bez animatora, we własnym pokoju. Słuchaliśmy muzyki najpierw z Kasprzaka a potem z "wieży". Jak ktoś miał nowość na kasecie to ją przynosił. Czasem się przebieraliśmy, ale w ubrania przerobione przez mamę lub babcię. Wypożyczalni kostiumów nie było.

Kasprzak
Tak było, kiedy ja byłam dzieckiem. Chętnie poszperałabym w archiwalnych fotkach z tamtych czasów, ale niestety zostały w Polsce. Pewnie gdybym je tu wstawiła, niejednemu czytelnikowi poprawiłabym humor. :)


Wiem, wiem, czasy się zmieniają. Kiedy urodził się Mik, poznaliśmy inny świat przyjęć - tych dla dzieci. Kilka lat temu zasada w Polsce była taka, że jedna impreza byla przygotowywana dla rodziny, a druga dla kolegów i koleżanek w jakiejś dziecięcej bawialni. Nie mam nic przeciwko zabawom urodzinowym, na które zaprasza się swoich przyjaciół, ale nie wydaje mi się to właściwe, kiedy dziecko ma 2 latka. Miki był zapraszany w Polsce na przyjęcia będąc właśnie takim maluchem. Nawet nie wiem czy rozumiał gdzie jest, a teraz nic już z tego nie pamięta. Pomijając koszty związane z przygotowaniem dwóch odrębnych przyjęć, ja stawiam na tradycję. Dla mnie urodziny dla malucha to czas, kiedy przychodzi babcia z dziadziem, ciocie, wujkowie i kuzyni - najbliższa rodzina. Zawsze miałam nieodparte wrażenie, że zabawy, na które chodził mój wtedy mały Mik, nie były przygotowywane z myślą przede wszystkim o jubilacie, a raczej robione zgodnie z panującym urodzinowym trendem. Miki urodził się w lipcu i kiedy mieszkaliśmy w Polsce, urządzałam mu przyjęcie na ogrodzie u dziadka. Przychodziła nasza rodzina i kilka moich najbliższych przyjaciółek ze swoimi pociechami. Panowała symbioza i chyba wszyscy miło spędzali czas. Miki po wycałowaniu przez wszystkich mógł oddać się zabawie z dzieciakami. Żeby nie było, że jestem staromodna, dmuchałam mu baloniki, wieszałam serpentyny, a tort zamawiany w cukierni przyozdabiałam ulubionymi przez Mika postaciami z bajek. Powinnam w zasadzie napisać ten ostatni paragraf w czasie teraźniejszym, ponieważ nie dalej jak w zeszłym roku urodziny Mika wypadły w czasie naszego wakacyjnego pobytu w Polsce i bawiliśmy się tak jak wcześniej - na ogrodzie z rodziną i paroma znajomymi. Zabieg pisania w czasie przeszłym był jednak celowy, gdyż w tym roku Miki kończy 7 lat (!OMG!) i pewnie poprosi mnie o imprezę ze swoimi dudes, a ja pewnie ulegnę mojemu jedynakowi. :)


Tym trochę przydługawym światopoglądowym wstępem chciałam zacząć post o urodzinach made in USA. Przede wszystkim nie robi się ich w domu. Wszystkie miejsca, które proponują popołudniowe zajęcia dla dzieci mają też w swojej ofercie pozycję birthday parties. Zatem swoje urodziny można świętować w szkole muzycznej, w szkole tańca, na treningu karate, itp. Prawdziwe jednak urodzinowe żniwo zbierają miejsca przeznaczone tylko na dziecięcą rozrywkę, typu: Chuck E Cheeses, BounceU czy AMF Bowling.

Opowiem wam jak to się robi w Ameryce :), a przynajmniej w Lehigh Valley. 

Najpierw jest zaproszenie, najlepiej na kartkach z Hallmarku, prywatnej firmy z Kansas City, który jest największym producentem kartek okolicznościowych w Stanach Zjednoczonych. 

kartki do wyboru i koloru w Hallmark Store
Na zaproszeniu oprócz szczegółów dotyczących zabawy urodzinowej jest pozycja RSVP czyli répondez s'il vous plaît – prośba o potwierdzenie swojego uczestnictwa, najczęściej za pośrednictwem maila, rzadziej telefonicznie. Poniżej nasze ostatnie zaproszenie.

nasze zaproszenie

Dekoracje na przyjęcie dostarczają rodzice. Nie mają większego problemu ze znalezieniem tematycznych balonów, plakatów, girland czy napisów. Jest bowiem taki sklep Party City, w którym można znaleźć dosłownie wszystko. Rzędy półek podzielone są na te dla chłopców, dla dziewczynek, a także dla dorosłych.

budynek Party City
półki w Party City
Przeciętna zabawa trwa od 2 do 3 godzin. Dzieci spotykają się w miejscu wskazanym na zaproszeniu i w zależności od tego gdzie jest zabawa, albo skaczą na dmuchanych zamkach (BounceU), albo w dziecięcych salonach gier na żetony pierwszy raz poznają smak hazardu (Chuck E Cheese). Mogą też bawić się ze zwierzętami w ZOO (www.lvzoo.org), zbudować swojego własnego misia (www.buildabear.com) albo zagrać w kręgle (www.amf.com). Pomysłów i możliwości jest bez liku. Wystarczy wrzucić w wyszukiwarkę "best birthday party places for kids", a internet sam podsunie gotową listę miejsc do wyboru.

W lecie rodzice też często wynajmują altankę w parku i urządzają przyjęcia z animatorem na świeżym powietrzu. Wtedy dość popularnym elementem imprezy jest piniata - zabawa polegająca na strącaniu kijem papierowej formy (kula, zwierzę, ulubiony bohater) i zebraniu jak największej liczby znajdujących się w niej słodyczy. 

Po zabawie dzieci przechodzą do specjalnego pokoju, gdzie czeka na nie tort albo cupcakes, pizza i lemoniada. Potem jubilat ogląda swoje prezenty i UWAGA wszystkim przybyłym rozdaje ... upominki od siebie! Są to tak zwane goodie bags, których zawartość to najczęściej ołówki, gumki do mazania, gwizdki, jojo, kangurki i słodycze. Słowem małe drobiazgi, w ramach podziękowania za przyjście, którymi Miki bawi się przez chwilę, a potem zapomniane lądują w gdzieś głęboko w szafce, zajmując w ten sposób przestrzeń w pokoju dziecięcym. 

Dzisiaj byliśmy na przyjęciu urodzinowym zorganizowanym w kinie. Przyjechaliśmy w południe. Dzieci najpierw zjadły tort, a potem poszły na seans Muppets Most Wanted. Myślę, że to jeden z ciekawszych pomysłów na przyjęcie.

w kinie
Zostawiłam Mika w pokoju zabaw i miałam dla siebie 3 godziny w bardzo przyjemnym centrum handlowym Promenade Shops. To co wyróżnia to miejsce to jego rozmieszczenie przestrzenne. Nie ma wielkiego molocha z tysiącem sklepów wewnątrz. Zakupy przybierają tu formę spacerów ładnymi trotuarami, wśród fontann i zielonych drzew. Sklepy są poukładane w uliczki, do każdego z nich jest osobne wejście z zewnątrz. 

Promenade Shops
Po krótkim spacerze usiadłam w Starbucksie  z kubkiem chai latte tea i słuchając jazzu napisałam większość tego posta. Warunki idealne dla bloggera :).
Miki wyszedł z seansu o 15. ze swoją goodie bag. Tym razem znalazły się w niej: popcorn, żelki owocowe, cukierki pudrowe, bańki mydlane i kangurek. :)

dzisiejsza goodie bag
Na polskim kinderparty nie byliśmy już tak naprawdę 3 lata. Zapewne do Europy wcześniej czy później dotrze moda amerykańska. To wszystko jest bardzo miłe, ale według mnie generuje niepotrzebne koszty. Czy komuś potrzebne są takie drobiazgi? Najważniejsze przecież jest by miło spędzić czas wśród swoich przyjaciół. Oczywiście to tylko moja, jak najbardziej subiektywna opinia :). Co przyniesie mi rzeczywistość okaże się po 21 lipca, jak mój mały przestanie być mały :). Jeśli będziemy w tym czasie w Polsce na pewno będziemy świętować na ogrodzie z najbliższymi. Apropos ogrodu, właśnie sobie uświadomiłam, że przy każdych urodzinach Mika pogoda była dla nas bardzo łaskawa. Jeśli będziemy w tym czasie w Pensylwanii zdarzyć się może wszystko. :) Zwłaszcza, że nasza rodzina będzie w ten dzień po drugiej stronie oceanu. Jeśli stanę się mamą wysyłającą zaproszenia na kartkach z Hallmarku, zamawiającą przyjęcie w jakimś miejscu przyjaznym dzieciom i kupującą dla nich goodie bags na pożegnanie, na pewno o tym opowiem. Póki co trzymam się swojej opinii na temat zabaw urodzinowych!

Jeśli macie jakieś swoje doświadczenia związane z przyjęciami urodzinowymi dla dzieciaków, podzielcie się!

Pozdrawiam wszystkich czytających! 








Monday, March 17, 2014

The Phantom of the Opera...

Moja fascynacja tym musicalem trwa nieprzerwanie od wielu lat. Mieszkając w Polsce mogłam tylko pomarzyć o musicalach na Broadwayu. Przyjazd do USA otworzył wiele drzwi, w tym te do świata kultury na najwyższym poziomie. Przyjemna jest świadomość, że niecałe dwie godziny drogi dzielą mnie od nowojorskiego Manhattanu, gdzie w dzielnicy teatralnej codziennie dzieje się coś! Bilety na każdą z tych uczt dla duszy nie są niestety tanie. Jak wspominałam we wcześniejszym poście, czerwone schody na Times Square są dachem dla kas TKTS, oferujących promocyjne bilety na Broadway. Kasy czynne są codziennie. Bilet ze zniżką można kupić na show wystawiany tego samego dnia co zakup. Czasem trzeba swoje odstać, nie mając gwarancji, że dostanie się dobry bilet. My wykorzystaliśmy inną furtkę do tańszych biletów. Na stronie http://www.theatermania.com/broadway/discount-tickets/ można wybierać i przebierać w przedstawieniach, koncertach, festiwalach, itp. Co ważne, można sobie dopasować datę do swojego kalendarza. Dlatego nam udało się wycelować w 14. lutego :). Na ten dzień nie pozostało wiele biletów, ale  dostaliśmy całkiem dobre miejsca za $60 od osoby! Strona www z biletami, którą podałam jest intuicyjna i bardzo łatwo się po niej poruszać. Proces rezerwacji biletu nie trwał dłużej niż 5 minut! Dodatkowo wraz zakupem biletu otrzymaliśmy zniżkę na parking Icon. Za pozostawienie auta na 12 godzin na Manhattanie, tuż obok Majestic Theatre zapłaciliśmy jedynie $20!

To właśnie do tego teatru skierowaliśmy swoje kroki po nieudanej kolacji w chińskiej restauracji :). 

Majestic Theater mieści się przy 245 West 44 Street. Teatr został zaprojektowany przez architekta Herberta J. Krappa, a wybudowany przez braci Chanin jako część kompleksu rozrywkowego z teatrami The John Golden Theater, The Bernard B. Jacobs Theater i hotelem Milford Plaza. 

elewacja z 1957 r.
Majestic Theater otworzył swoje drzwi dla publiczności musicalem Rufus LaMaire's Affairs 28 marca 1927 r. W czasie Wielkiego Kryzysu teatr został przejęty przez braci Shubert. Obecnie jest własnością The Shubert Organization, która również nim zarządza. W 1987 r. zarówno wnętrza teatru jak i jego elewacje zewnętrzne zostały zaliczone do zabytków historycznych miasta Nowy Jork. 


przekrój teatru z 1926 r.
Jest to jeden z największych teatrów na Broadwayu. Ma 1645 miejsc siedzących a na jego deskach premierę miały największe produkcje musicalowe, wśród nich: Carousel (1945), South Pacific (1945), The Music Man (1957), Camelot (1960), A Little Night Music (1973) i The Wiz (1975) i przede wszystkim The Phantom of the Opera, nieprzerwanie grany od 9 października 1986 r. Obecnie jest to najdłużej pokazywana produkcja w historii Broadwayu, z ponad 10 000 wystąpieniami.

Tak prezentował się budynek w walentynkowy wieczór.

wejście do teatru
Za drzwiami głównymi tłok. Ciasno. Wszelkie zasoby przestrzenne wykorzystano na rzecz sceny i widowni, więc zupełnie mi to nie przeszkadzało.

wchodzimy
Na kolejnych na naszej drodze drzwiach pojawił się komunikat o zmianach w obsadzie na dzisiejszy wieczór. Moja ekscytacja rosła z minuty na minutę.


informacja
W końcu znaleźliśmy się na holu głównym. Nie był on tych rozmiarów, co ten, który miałam okazję oglądać w Radio City Music Hall. Szczerze powiedziawszy pomimo, że tam imponował rozmach, tu bardziej czuło się atmosferę sceny.


hol główny
Po lewej stronie od wejścia sprzedawano gadżety związane ze spektaklem. Ich ceny były kosmiczne! Dodatkowo z okazji walentynek można było zakupić specjalnie kastomizowany program i świeżą różę, za jedyne $15. 


sklepik

gadżety
W momencie wejścia na widownię wręczono nam program i poproszono o wyłączenie telefonów komórkowych i nie robienie zdjęć.

widownia

program
Tak też uczyniliśmy. W czasie kiedy schodzili się kolejni widzowie zrobiłam kilka zdjęć.


scena 

piękne sufity
Poniżej przedstawiam wam jeszcze kilka profesjonalnych zdjęć wnętrza znalezionych w sieci. Mój aparat by tego nie zrobił, ale oczy widziały wszystko. :)





Zasiedliśmy wygodnie w naszych fotelach, gotowi na tę kulturalną podróż...

SKĄD SIĘ WZIĄŁ PHANTOM?

Autorem całego zamieszania jest Andrew Lloyd Weber, ale wszystko zaczęło się od powieści z 1911 r., napisanej przez Gastona Leroux. Ten wszechstronny francuski autor, który stworzył Upiora w Operze, był człowiekiem o nieprzemijającej pasji do teatru. Wydaje się zatem właściwe, że po latach kłopotów finansowych, kiedy pisywał recenzje do gazet i tworzył nieudane sztuki teatralne, zostawił w końcu po sobie ślad w literaturze, w postaci powieści o niezwykłym epizodzie w historii największej opery francuskiej. 



Gaston Leroux

Oprócz ukazania w swojej powieści magicznego świata sztuki, Leroux udało się uchwycić na swoich stronach atmosferę czasów, które opisywał, czyli koniec XIX w., kiedy Francja ekscytowała się światem duchów i zjawiskami nadprzyrodzonymi.


książka Le Fantôme de l'Opéra
Jednakże po publikacji książki opinie na jej temat były raczej rozczarowujące, a sprzedaż umiarkowana. Jedynym okresem, kiedy opinia publiczna bardziej zainteresowała się "Upiorem", było wydanie tej powieści w formie opowiadań w odcinkach, dla francuskich i angielskich gazet. Opowiadania były zilustrowane przez grafiki, na których upór błąkał się w podziemnych jaskiniach opery.
To właśnie na powieść Leroux w odcinkach natrafiła wytwórnia filmów Universal Pictures, która przeniosła Upiora w Operze po raz pierwszy na ekran kina niemego w 1925 r., czyniąc grającego główną rolę Lona Chaney Snra wielką gwiazdą.

plakat filmu z 1925 r.

Niestety Gaston Leroux nie dożył pełnego triumfu swojej historii o operze. Zmarł 15 kwietnia 1927 r., w wyniku komplikacji zdrowotnych w wieku 59 lat. Napisał ponad 60 powieści, z których żadna nie uczyniła go bogatym.

Film z wytwórni Universal Pictures nie był jedyną adaptacją książki Leroux. Druga wersja została zrobiona w 1943 r., tym razem w dźwięku i kolorze. Mściwego upiora z bliznami na twarzy oblanej kwasem, zagrał Claude Raines. Co ciekawe w tym remake'u użyto zdjęć z filmu z 1925 r., a film dostał Oskara za fotografię.

plakat filmu z 1943 r.

Dwadzieścia lat później historia Lerouxa została okropnie potraktowana w wersji hiszpańskiej El Fantasma de la Operetta, gdzie Upiór został przedstawiony jako krwiożerczy charakter mordujący operowe chórzystki.


wersja hiszpańska z 1960 r.


Dwa lata później w 1962r. wytwórnia Hammer Picture, zaadaptowała historię Leroux, jako część swojej serii horrorów z Herbertem Lomem i Heather Sears w rolach głównych.

plakat filmu z 1962 r.
W 1974 r. w filmie The Phantom of the Paradise, oryginalny koncept powieści został porzucony. Operę paryską zastąpił nowojorski teatr rock'n rollowy, a upiorem stał się obłąkany dj.

plakat filmu z 1974 r.
Kolejnym filmem opartym na powieści o upiorze, była produkcja z 1989 r. Była to bardzo mroczna wersja z Robertem Englundem w roli głównej. Film nie spotkał się z wysoką oceną recenzentów. Został zaliczony do horrorów.

poster filmu z 1989 r.

W 1990 r. telewizja NBC wypuściła mini serial pod tym samym tytułem co książka. Mimo, iż nie była to wierna adaptacja utworu, seria uchodzi za jedną z najlepszych wersji tej historii. 

plakat serialowy z 1990 r.

Wymienione przeze mnie adaptacje książki spowodowały, że historia stworzona przez Gastona Leroux została zaliczona do gatunku horroru. Dopiero ręka Andrew Lloyda Webera dała tej historii duszę, pokazała, że nawet w ciemnych podziemiach operowych może zrodzić się miłość.

Andrew Lloyd Weber



Andrew Lloyd Webber zimą roku 1984 skontaktował się ze swym producentem, Cameronem Mackintoshem, z którym współpracował uprzednio przy znakomitym musicalu Koty, poszukując inspiracji do nowego, romantycznego musicalu. Wybór padł na Upiora w Operze, za czym optowała ówczesna żona Webbera,  Sarah Brightman. (Moje pierwsze skojarzenie z Brightman to popularna w latach 90. piosenka Captain Nemo :), to ta sama Sarah!).


Producenci obejrzeli dostępne adaptacje filmowe, lecz zdecydowali się oprzeć akcję o oryginalną książkę Gastona Leroux. Mieli zresztą kłopoty ze zdobyciem egzemplarza, bo książka od wielu lat nie była drukowana! Musical jest bardzo odległą od pierwowzoru adaptacją książki, wiele postaci i wątków zostało przemieszanych i zmienionych, bądź opuszczonych. Nie zmienia to jednak faktu, że wersja Webbera jest najbardziej udaną i pokochaną przez publiczność.

Richard Stilgoe
Muzykę do całego musicalu napisał Webber, droga do twórcy libretta była trochę dłuższa. Pierwszym wyborem Webbera był Jim Steinman z powodu jego mrocznego, obsesyjnego stylu, lecz inne zobowiązania librecisty przeszkodziły w przyjęciu oferty. Drugim wyborem był Alan Jay Lerner (autor libretta m.in. do Gigi i My Fair Lady), lecz ten zmarł wkrótce na raka płuc a jego wkład w libretto nie jest
Charles Hart
odnotowany. Libretto napisał Richard Stilgoe, który wcześniej już współpracował z Webberem. Kompozytor uznał jednak, że tekst jest nieco zbyt dowcipny i błyskotliwy i zbyt mało romantyczny. Został zatem wynajęty młody pisarz Charles Hart który przerobił libretto. Część oryginalnego tekstu Stilgoe'a jest nadal obecna w końcowym tekście. 


Hal Prince

Maria Bjornson
Za scenografię i kostiumy została odpowiedzialna Maria Bjornson. Sama stworzyła ponad 200 kostiumów. By stworzyć scenografię, odwiedziła paryską operę, szukając inspiracji we wnętrzach operowych z końca XIX wieku.
Jako reżyser został wybrany Hal Prince, współtwórca takich spektakli jak Cabaret czy Elvita.



Muzyka Webbera swoim stylem momentami przypomina operową. Trzy fragmenty fikcyjnych oper wystawianych przez Opera Populaire to Hannibal (w stylu klasycznym, monumentalnym), Il Muto (w stylu Mozarta), Don Juan Triumphant (w eklektycznym, modernistycznym stylu).


Tytułowy utwór (Phantom of The Opera) kompozytor określił kiedyś jako rock pod maską opery ("Rock n' roll merely masquerading as opera"). Jest nowocześnie zinstrumentowany (oprócz klasycznych sekcji dętych i smyczkowych występuje również: gitara elektryczna, basowa i rockowa sekcja rytmiczna). Większość partii Christine, Upiora i Raoula jest śpiewana nowocześnie, musicalowo. Partia wokalna Christine została napisana specjalnie pod możliwości głosowe ówczesnej żony Webbera. Najwyższa nuta jaką Brightman była w stanie wyemitować kończy utwór tytułowy.

pierwsza obsada musicalu: Sarah Brightman i Michael Crawford

Pokaz przedpremierowy miał miejsce 27 września 1986 r. w Her Majesty's Theatre w Londynie (tam spektakl grany jest po dziś dzień). W dniu 9 października 1986 r. odbyła się oficjalna premiera z Michaelem Crawfordem i Sarah Brightman w rolach głównych. Ta inscenizacja Upiora jest obecnie drugim (po Les Miserables) najdłużej granym spektaklem w historii West Endu. 10 000 przedstawienie odbyło się 25 października 2010 r. na przedstawieniu popołudniowym. Na scenie wystąpiło wtedy pięciu fantomów, grających musical na przestrzeni tych kilkudziesięciu lat.

Na Broadwayu spektakl miał premierę 26 stycznia 1988 r. Crawford i Brightman ponownie byli premierowymi odtwórcami głównych ról. Spektakl jest rekordzistą Broadwayu , grany nieprzerwanie do dziś, 9 stycznia 2006 r. zdetronizował  inne dzieło Webbera, Koty. W 2009 r. odbyło się dziewięciotysięczne przedstawienie. Spektakl zdobył Tony Awards, dla najlepszego musicalu w roku debiutu.

Obecnie The Phantom of the Opera grany jest przez różnych artystów na całym świecie. Więcej można poczytać o tym TUTAJ.

HISTORIA MIŁOSNA

Tyle o faktach. Teraz o samej historii miłosnej. The Phantom of The Opera w wersji Webbera to piękna opowieść romantyczna, której koniec pozostawia widza z rozterką w sercu. Mnie przynajmniej zostawił. Przez ponad dwie godziny siedziałam w fotelu ze łzami w oczach i ciarkami na skórze. 

Spektakl zaczyna się w roku 1911, licytacją pozostałości ze zrujnowanego wnętrza Opery Populaire w Paryżu. Ostatnim eksponatem są resztki kryształowego żyrandola. W trakcie jego podnoszenia następuje powrót do przeszłości, do czasów świetności opery, otoczenie nabiera blasku i koloru. Poznajemy historię młodej sopranistki Christine Daaé, która staje się obsesją tajemniczego zdeformowanego geniusza muzycznego, znanego jako Upiór z Opery. Reszty szczegółów tej pięknej opowieści nie chciałabym zdradzać, zachęcając  do poznania wszystkich tych, którzy jeszcze jej nie widzieli.

W teatrze w czasie spektaklu zabronione było robienie zdjęć oraz filmów, więc przez chwilę będę się posiłkowała zasobami youtube.com. Chciałabym napisać coś o samej muzyce. Dla mnie była tak poruszająca, że nadal nie mogę przestać o niej myśleć. Tytułowego utworu chyba nikomu nie trzeba przedstawiać.






Ja jednak zwróciłam uwagę na inne przepiękne utwory, które w bardzo udany sposób ilustrują uczucia tworzące się pomiędzy bohaterami.

Music of the Night:




All I Ask of You:


Think of Me:



Wishing you Were Somehow Here Again:





To zaledwie pięć utworów ze spektaklu trwającego prawie 3 godziny. W przypadku musicalu to muzyka jest głównym narratorem. Emocje jakie towarzyszyły każdemu dźwiękowi są nie do opisania. Rozpacz upiora, rozterki Christine, miłość, rozstanie... Dlatego by zrozumieć tę historię trzeba zobaczyć całe show. Choć nic nie jest w stanie zastąpić pokazu teatralnego, Upiora w Operze można zobaczyć dzięki wielu innym źródłom.




Byłam ogromnie szczęśliwa, kiedy okazało się, że NETFLIX czyli nasza telewizja streamingowa ma w swojej ofercie spektakl z Royal Albert Hall w wersji HD. Pokaz odbył się z okazji 25. rocznicy musicalu na deskach. Na youtube.com można również obejrzeć ten koncert, ale w trochę gorszej jakości.






Polecam każdemu kogo choć trochę zainteresował ten post.

W filmach, które udostępniłam główne role śpiewane należą do Sierry Boggess i Ramina Karimloo, którzy są godnymi następcami Brightman i Crawforda. Oczywiście odtwórców głównych ról na przestrzeni tylu lat było bardzo wielu. Biorąc pod uwagę, że spektakl grany był i jest prawie na całym świecie, "upiorne" piosenki  zaśpiewało wielu aktorów musicalowych. 
Polska również doczekała się swojego Upiora. Nie był to brytyjski pokaz w trasie, a polskojęzyczna wersja przygotowana przez warszawski Teatr Roma. Posłuchałam kilku piosenek śpiewanych w naszym polskim języku i przez naszych aktorów, ale nie zrobiły na mnie takiego wrażenia jak wersje oryginalne. Jednak to co Webber dopracował w każdym detalu jest według mnie najlepsze.





W 2004 r. Andrew Lloyd Webber zrobił kolejną niespodziankę wielbicielom Upiora w Operze. We współpracy z reżyserem Joelem Schumacherem przygotowali filmową wersję musicalu. Kupiliśmy sobie ten film i nie rozczarowaliśmy się. Jego producentem jest sam kompozytor. Film zrobiony z ogromnym rozmachem uznano za najdroższą niezależną produkcję w historii kina. Na potrzeby realizacji zbudowano w Pinewood Studios replikę opery wraz z podziemnymi kanałami zalanymi wodą. Żyrandol do filmu został wykonany przez firmę Swarovski. Był wart ponad milion dolarów (!) i został zniszczony w trakcie kręcenia sceny upadku. Z oczywistych powodów nie kręcono dubla :). Film miał pierwotnie powstać na początku lat dziewięćdziesiątych, z ówczesną żoną Webbera, Sarah Brightman w roli głównej. Rozwód pokrzyżował te plany. Po kilkunastu latach Brightman nie mogła już być brana pod uwagę do roli młodej dziewczyny. Założeniem reżysera było, by główne role zagrali młodzi aktorzy, tak jak wynikało to z libretta. Filmowa odtwórczyni roli Christine - Emma Rossum podczas kręcenia zdjęć próbnych miała zaledwie 16 lat. Film był jednym z pierwszych wydanych w technologii Blu-Ray. 

plakat filmu z 2004 r.

Jeśli choć raz postawi się stopę w świecie Upiora, to nie chce się z niego wyjść. Przyznaję, że ta historia opowiedziana oczami Andrew Lloyd Webbera, skradła moje serce. Swój wolny czas spędzam obecnie w upiornym towarzystwie :). W aucie gra mi ścieżka dźwiękowa z musicalu, właśnie wypożyczyłam z biblioteki oryginał napisany przez Gastona Leroux. W każdej też chwili mogę włączyć sobie film na dvd albo koncert z Royal Albert Hall. Ponieważ Webber podjął się przygotowania drugiej części The Phantom of the Opera, pod tytułem Love Never Dies, jak tylko skończę czytanie, zabieram się za tę kontynuację. Co prawda na żywo musical grany jest teraz tylko w Australii, nie mniej jednak z niecierpliwością czekam na nowe artystyczne doznania za pośrednictwem dvd. :)


Love Never Dies
Na koniec jeszcze chciałabym napisać o dość przykrym zjawisku teatralnym, które zaobserwowałam podczas wizyty w Majestic Theatre. Niewątpliwie sztuka na wyższym poziomie staje się bardziej komercyjna. To już nie te czasy, kiedy arystokracja ubrana w piękne stroje ruszała powozami do teatru. Elegancję niestety zastąpił kicz. Zdaję sobie sprawę, że wiele osób na widowni to turyści, którzy dzień w Nowym Jorku zakończyli tak jak my, na Broadwayu. Nie sądzę jednak, by bycie turystą miało coś wspólnego ze sposobem zachowania. Tak, nie miałam sukni wieczorowej, a M. nie przyszedł w garniturze, ale byliśmy punktualni, a zamiast popcornu konsumowaliśmy sztukę. Nie wierzyłam własnym oczom kiedy zobaczyłam siadających nieopodal nas ludzi, obładowanych jak wielbłądy foliowymi reklamówkami. Światło zgasło, a wtedy zaczęli schodzić się spóźnialscy. Zasłaniając scenę zupełnie. Potem rozległy się odgłosy mlaskania i otwierania szeleszczących opakowań z chrupkami. Kiedy w czasie przerwy poszłam do toalet, miałam prawdziwy przegląd społeczeństwa. Obok pani w białych lakierowanych kozakach do samego gardła, stała inna w futrze, były też panie w letnich klapkach i ciężkich traperach. Niektóre z nich miały tasiemki na biodrach zamiast spódniczek, inne włóczyły po ziemi czarne tiule. Tak kiedyś nie było! Obowiązywał jakiś dressing code! Jeszcze nie tak dawno kiedy mieszkaliśmy w Polsce i chodziliśmy na przedstawienia chociażby do Wyspiańskiego w Katowicach, nie ubieraliśmy co prawda strojów weselnych, ale zawsze staraliśmy się być eleganccy. Na Broadwayu przeżyłam szok socjologiczny. Mam nadzieję, że wrócą jeszcze te czasy kiedy będziemy respektować sztukę w każdym wymiarze, również tym wizualno behawioralnym.




I z tą myślą pozostawiam wszystkich czytających, zachęcając gorąco do poznania świata Upiora z Opery.