Tuesday, April 22, 2014

Easter Egg Hunt

W tym roku po raz pierwszy uczestniczyliśmy w bardzo amerykańskim wydarzeniu około świątecznym zwanym Egg Hunt, które śmiało można przetłumaczyć jako po prostu polowanie na jaja. 
Egg Hunt to gra polegająca na odnajdywaniu kolorowych, udekorowanych jajek, rozmieszczonych po całym domu, ogrodzie, bądź parku. Jajka mogą być prawdziwymi pisankami ugotowanymi na twardo, częściej jednak spotyka się kolorowe jajka plastikowe, wielokrotnego użytku, które otwiera się podobnie jak jajka niespodzianki. W środku takich sztucznych jajek można znaleźć cukierki, czekoladki, owocowe żelki lub tajemniczy kupon, który jest kluczem do większej nagrody. Często jajkiem o największej wartości jest to koloru złotego.

Jak zwykle trochę historii

W przedchrześcijańskich czasach, kiedy celebrowano nadejście wiosny jajko było symbolem odrodzenia ziemi. Jednak pisanka sama w sobie została zdefiniowana przez pierwszych Chrześcijan, jako wielkanocny symbol zmartwychwstania Jezusa, porównany do grobu, z którego powstał.
Lizette Larson - Miller, profesor  z Theological Union w Berkeley, prześledziła ten specyficzny zwyczaj wielkanocnego polowania aż do jego początków, które sięgają reformatorskich czasów Martina Lutera Kinga. Według Larson-Miller  King organizował easter egg hunts, w czasie których mężczyźni chowali pisanki dla bawiących się dzieci i kobiet. To miało przypominać poszukiwanie grobu Chrystusa. Inna badaczka Mary Jane Pierce Norton stwierdziła, że jest coś takiego w polowaniu na jajko, co można porównać do poszukiwania grobu Jezusa. Kiedy je znajdujemy ogarnia nas radość podobna do tej, którą czuły niewiasty odwiedzające mogiłę Jezusa kiedy okazało się, że Pana już w niej nie ma i spełniło się jego proroctwo. 

Idea wielkanocnego zajączka, przynoszącego świąteczne jajka jest znana przynajmniej od XVII w. Wprowadzenie zwyczaju egg hunt na kontynent Europejski zostało udokumentowane w 1892 r. przez A. E. Housmana, profesora z University College w Londynie. Pisał on wówczas o przyjemności jaką odczuwaja dzieci w czasie odkrywania kolejnych kolorowych jajek pochowanych po całym domu i ogrodzie. 

Polowanie na jajka ma również swoje miejsce w Księdze Guinessa. Ostatni rekord padł oczywiście w USA w 1985 r. w Homer, w stanie Georgia. Na 80 tysięcy jajek polowało 950 osób.

Teraźniejszość 

Współczesne egg hunt daje masę frajdy mniejszym i większym dzieciakom, aczkolwiek według mnie idea, która kiedyś symbolizowała poszukiwanie grobu Pańskiego zmieniała się w bardzo komercyjne i konsumpcyjne wydarzenie. Chyba mało kto wie, jakie były korzenie tej zabawy. A jeśli nawet wie, to pewnie o tym nie mówi, z uwagi na poprawność polityczną.

A jak było u nas?

Tydzień przed świętami nasz Miki polował dwa razy, w ciągu tego samego dnia! Najpierw szukaliśmy jajek na terenie kampusu firmy, w której pracuje M. Korpo się postarała i bardzo sprawnie przygotowała całe przedsięwzięcie. Dzieciaki pracowników podzielono na cztery grupy wiekowe. Miki znalazł się w przedziale 7-8. Na trawiastych  kwadratach o powierzchni mniej więcej 30m2 organizatorzy rozłożyli kolorowe jajka z plastiku i pełno świątecznych drobiazgów, m.in kubki, ramki na zdjęcia, małe zabawki, notesy. Słowem wszystko o czym już kiedyś pisałam, a co ostatecznie wyląduje na dnie głębokiej szuflady. Chodzi jednak o zabawę, po której Miki powiedział, że wszystko co uzbierał będzie mu bardzo potrzebne. :)


Grupa Mika startowała jako czwarta. Pan z megafonem ogłosił start i dosłownie w ciągu 3 minut trawa została idealnie wysprzątana.Mój syn poszedł w konkrety i to duże. Do swojego koszyka powkładał wszystko co uznał za wartościowe oraz jajka w liczbie trzy.


Człowiek uczy się na błędach i tak o to mój siedmiolatek odkrył, że jego łowcza strategia nie była do końca właściwa. Okazało się bowiem, że owszem miał wiele wielkanocnych drobiazgów, ale to plastikowe jajka były czarnym koniem zabawy. Oprócz cukierków i czekoladek zawierały bowiem tajemnicze kupony, o których wspominałam już wcześniej. Zdobywca takiego kuponu udawał się do wielkiego stołu z nagrodami, gdzie mógł wybierać i przebierać w bardzo ciekawych grach planszowych. Miki zachował się jednak bardzo dojrzale i miło mnie zaskoczył. Powiedział: you get what you get and you don't get upset (masz co masz i nie złościsz się).


Po polowaniu każdy uczestnik otrzymał zestaw do farbowania jajek, kolorowe wiaderko na polowanie na przyszły rok i ... niebieską wodę mrożoną. Była paskudnie słodka, więc niestety wylądowała w koszu. Znów wychodzi amerykańska słabość do cukru. Przecież można było wręczać świeże marchewki do chrupania. Nie dość, że tematycznie to jeszcze zdrowo!


Na drugie polowanie przenieśliśmy się do domu mojej koleżanki z PTO. Trawnik przed jej domem był usłany kolorowymi jajkami.



Moja koleżanka zaprosiła swoich sąsiadów i kilku znajomych ze szkoły. Dzieci było naprawdę dużo, ponieważ przeciętna amerykańska rodzina ma trójkę dzieci. Wszyscy z niecierpliwością czekali na sygnał startu.


Miki był bardzo podekscytowany. Co zresztą widać na zdjęciu :).


Według zasad ustalonych przez domowników, najcenniejsze były jajka koloru złotego, w których znajdowały się karteczki z numerkami. Złotych jajek było 12.
Miki tym razem postawił chyba na inną strategię i stał się jednym z posiadaczy najcenniejszego jaja! 


Dzieci różnie reagowały na efekty swojego polowania. Najtrudniej było wytłumaczyć trzyletnim maluchom dlaczego nie znalazły złotych jajek. Całe polowanie trwało niespełna 10 minut. Po zakończeniu poproszono zwycięzców  o  ustawienie się do wspólnego zdjęcia, co nie było łatwe. :)


Potem dzieciaki wyciągnęły z jajek numerki i poszły odebrać swoje nagrody.


Miki był bardzo zadowolony ze swojej zdobyczy. Inni chłopcy proponowali mu zamianę, ale się nie zgodził. Napis LEGO zawsze działa na niego magicznie. :)


Po zakończeniu egg hunt, dzieciaki bawiły się na ogrodzie, a największą atrakcją była trampolina.


Dla dorosłych też przewidziano miłe małe co nieco. Moja koleżanka nie ma dużego ogrodu, ale bardzo przyjemnie siedziało się na patio na tyłach domu.


Tam można było coś zjeść i napić się. Spotkanie miało charakter tak zwanego potluck party, czyli każdy przyniósł ze sobą jakąś przekąskę do spróbowania. 




Ja przyniosłam naszą polską babkę cytrynową. Na zdjęciu jej nie widać, bo jest w pojemniku. Moja koleżanka i jej mąż byli bardzo gościnni. Smażyli dla wszystkich burgery i hot dogi, serwowali drinki.



Pogoda była jak na zamówienie, więc spotkanie nieco się przeciągnęło. Przyjemnie sączyłam piwko z limonkę i próbowałam kuchni moich amerykańskich znajomych.



Wybrałam tajski makaron, warzywa, sałatkę ryżową i bagietkę z pepperoni. Niezłe.


Tak oto leniwie minęła nam sobota. Zgadnijcie co robiliśmy po powrocie do domu :) Oczywiście graliśmy w grę LEGO. Muszę przyznać, że bardzo przypadła do gustu całej rodzinie. Nawet M. się wciągnął. Nigdy wcześniej nie mieliśmy takiej gry. Najpierw trzeba zbudować planszę z klocków, a dopiero potem się gra. Polecam! Świetna zabawa :)



Podsumowując temat egg hunt, uważam, że jest to miła inicjatywa, ale gdybym nie przeczytała, że ma być alegorią poszukiwania Grobu Pańskiego, nigdy nie przyszłoby mi to do głowy. W Stanach ludzie szanują swoje wybory religijne i w towarzystwie nie mówi się na te tematy, traktując je jako zbyt osobiste. Może słusznie? To co zaobserwowałam do tej pory to bardzo konsumpcyjne podejście do wszelkich świąt i wydarzeń. Wydaje mi się, że w Polsce ludzie bardziej duchowo i poważnie podchodzą do Świąt Wielkiej Nocy. Może dlatego, że ponad 90% Polaków to zdeklarowani katolicy. W Stanach jak wiemy występuje różnorodność religijna, która jest wynikiem wielokulturowego pochodzenia. Amerykanie przed Wielkanocą zdobią swoje domy i rozmawiają o czekoladowych zającach, które przynoszą prezenty. Ale to temat na następny post :).


Polowanie na jaja samo w sobie jest dobrą zabawą uczącą spostrzegawczości, gdyby dodać do tego jeszcze kilka słów na temat genezy - będzie idealnie!


Czy taki zwyczaj dotarł już może do Polski? A jak jest na Wyspach? Piszcie!

Monday, April 21, 2014

Radosnych Świąt Wielkanocnych!



Wszystkim zaglądającym tu życzę, aby Wielkanoc ogarnęła nas wszystkich szczególną tradycją i nowymi szczęśliwymi przeżyciami, by umocniła naszą wiarę, podniosła na duchu i napełniła nasze serca radością.

Wesołych Świąt!





Tuesday, April 15, 2014

Archiwum Emigranta

Jest mi niezmiernie miło, ponieważ mój blog został zauważony przez gdyńskie Muzeum Emigracji. Napisała do mnie Pani Ania, z prośbą o podzielenie się swoimi wrażeniami na temat emigracji, w ramach projektu Archiwum Emigranta. Muzeum zbiera historie emigrantów w postaci notacji filmowych, audio oraz relacji spisanych, chcąc ukazać emocje, powody i realia towarzyszące opuszczającym kraj. 

Otrzymałam kilka pytań, na podstawie których powstał tekst.

Poniżej przedstawiam Wam tę samą treść w formie pytań i odpowiedzi. Był to dość ciekawy eksperyment myślowy, który pozwolił mi raz jeszcze spojrzeć na siebie i Moje Życie w Ameryce. :)


Jakie były powody Pani wyjazdu (gdzie i w którym roku Pani wyjechała)?

W październiku 2011 r. na lotnisku w Newark, NJ wylądował samolot linii Lufthansa z moją rodziną na pokładzie (model 2+1). Spakowaliśmy do walizek trochę naszego życia i wyruszyliśmy ku amerykańskiej przygodzie. Ja i moje chłopaki: mąż i nasz wtedy czteroletni synek Miki. Zdobywanie kontynentu miało trwać tylko rok, tymczasem jesteśmy w USA już trzeci!
Wszystko zaczęło się w rumuńskiej krainie wampirów. Spędzaliśmy tam letnie wakacje. Odpoczynek nad Morzem Czarnym przerwał nam dźwięk telefonu. Patrzyłam na mojego męża próbując odczytać wachlarz min przemykających po jego twarzy. Koniec rozmowy i potem TO pytanie: "jedziemy do Stanów na rok?!?". Pojechaliśmy! Mąż do pracy nad międzynarodowym projektem, a ja i Miki jako "osoby towarzyszące" :). Zamieszkaliśmy w Pensylwanii, na przedmieściach jednego z trzech największych miast tego stanu. Nasze spokojne miasteczko, otoczone górami, lasami i jeziorami, bardzo przypadło nam do gustu.
Tak oto żyjemy sobie w tym kolorowym tyglu kultur i narodów, próbując łączyć polskie zwyczaje z amerykańskim stylem życia.

Co czuła Pani w trakcie wyjazdu lub kilka dni, tygodni, miesięcy po nim?

Wyjeżdżaliśmy ze świadomością rocznej przygody. Byłam bardzo podekscytowana i gotowa na nowe wyzwania. Nie zastanawiałam się wtedy co zostawiam za sobą, ponieważ miałam do tego bardzo szybko wrócić. Choć rzeczywistość zweryfikowała moje założenia, nie stanowiło to dla mnie większego problemu. W czasie pierwszego roku w USA odwiedziło nas dużo znajomych i przyjaciół. Prowadzimy dom otwarty i cieszy nas każda wizyta, a jeśli trwa ona trochę dłużej niż jeden wieczór, to jest jeszcze lepiej.

Jak wyglądała aklimatyzacja w obcym środowisku, jak szukała Pani miejsca do życia, nowej pracy, nawiązywała Pani pierwsze relacje?

Nasz wyjazd był koordynowany przez międzynarodową korporację, która wysłała mojego męża na projekt realizowany właśnie w Stanach Zjednoczonych. Wszystko było bardzo dobrze zorganizowane. Najpierw polecieliśmy z mężem tylko we dwoje na tydzień. Był to wyjazd orientacyjny. Przydzielono nam opiekuna, który prawie jak za rękę poprowadził nas przez wszelkie formalności. Siedemdziesięcioletnia Pani Lucy sprawdziła się doskonale, pomogła nam znaleźć mieszkanie i szkołę. Zadziwiła mnie swoją żywotnością i energią. Odbierała nas pod hotelem i zawoziła we wszystkie konieczne miejsca. Pokazała mi również najbliższe sklepy spożywcze i doradziła jak w tej okolicy spędzać czas wolny. To wtedy odkryłam jak inne może być życie emeryta i ile satysfakcji może mu dostarczać czynność zawodowa. Niestety z przykrością muszę stwierdzić, że jest wręcz niemożliwością, by osoba powyżej 65. roku życia w Polsce, mogła znaleźć pracę, jakąkolwiek. A o takiej, która dawałaby radość, nie może w ogóle być mowy. W USA ludzie pracują dużo i długo. W bibliotekach, urzędach, recepcjach bardzo często można spotkać starsze panie lub panów, uśmiechniętych i pomocnych. 

Po przylocie zamieszkaliśmy w już umeblowanym apartamencie, na spokojnym zadbanym osiedlu. Dwa tygodnie później Miki poszedł pierwszy raz do przedszkola, które wcześniej dla niego wybraliśmy. Mój czterolatek wiedział jak powiedzieć dzień dobry, toaleta, woda. Teraz po prawie trzech latach Miki jest dwujęzyczny, płynnie mówi po angielsku i w szkole jako pierwszoklasista radzi sobie naprawdę bardzo dobrze. Nasz syn jest chyba głównym beneficjentem tego wyjazdu.

Projekt, do którego został zaproszony mój mąż, przyciągnął do Stanów Zjednoczonych towarzystwo z prawie każdego krańca świata, wszyscy byliśmy tacy sami. Daleko od domów, zdani na siebie. Dlatego nasze pierwsze relacje skupiały się początkowo wokół towarzystwa korporacyjnego, z którym wspólnie jeździliśmy na wycieczki, chodziliśmy na kolacje i urządzaliśmy pikniki w parku.

Pierwszą własną bliższą znajomość nawiązałam z mamą chłopca, który chodził z Mikim do tej samej grupy w przedszkolu. Carolina jest Kolumbijką, mieszkającą w USA od 14. roku życia. Choć drogi naszych dzieci nieco się rozeszły, my przyjaźnimy się do dziś.

Obecnie mam stabilne grono znajomych, których pochodzenie tylko potwierdza, że Stany Zjednoczone to państwo wielonarodowe i wielokulturowe. 

Kto Pani pomógł lub co Pani pomogło w tej trudnej sytuacji? Jak wyglądała aklimatyzacja w nowym środowisku, nowym kraju?

Trzy tygodnie po naszym przyjeździe do Stanów Zjednoczonych przyleciała moja Mama. Bardzo pomogła mi w tych pierwszych tygodniach, a jej obecność złagodziła tęsknotę za resztą rodziny. Wspólnie spędziliśmy nasze pierwsze Święta Bożego Narodzenia na obczyźnie. Dzięki Mamie na naszym stole wigilijnym pojawiło się dwanaście potraw, tak jak w domu. 

Jak opuszczenie ojczyzny zmieniło Pani stosunek do niej?

Przylot do USA otworzył mi oczy na świat. Wcześniej stosunkowo dużo podróżowaliśmy po Europie, ale tam czuliśmy się wszędzie jak u siebie, tylko jedzenie się zmieniało. Ameryka na dzień dobry była zupełnie inna. Nie będę pierwszą, która powie, że w Stanach wszystko jest większe: drogi, sklepy, auta, hmmm ludzie też, ale to akurat nie jest dobre :). Moje rodzinne miasto wydało mi się takie mikroskopijne. Bycie tu unaoczniło mi różnice kulturowe i uświadomiło jak bardzo jestem przywiązana do tradycji polskich. Kiedy myślę o Polsce mam bardzo mieszane uczucia. Czuję sentyment, brakuje mi takiej dzikości polskich łąk i lasów, Tu wszystko ma swoje miejsce i jest poukładane. Piszę to z perspektywy mieszkańca przedmieść. Okolica, w której mieszkamy to szerokie, gładkie ulice, równo przycięte trawniki, zadbane ogrody. Myśląc o tym wszystkim pojawia się inne uczucie - pewnego rodzaju żal. Widząc jak ludzie żyją tutaj, dociera do mnie jak wiele rzeczy jest jeszcze do zrobienia w Polsce. Nie wiem, czy jakość życia przeciętnego Polaka to efekt wywołany dziejami historii, czy błędnego zarządzania współczesnym Państwem. Wiem natomiast, że można żyć inaczej. Lepiej, spokojniej.

W jaki sposób utrzymywała Pani kontakt z rodziną, przyjaciółmi w kraju?

Dzięki nowoczesnej technologii kontakt z bliskimi jest o wiele łatwiejszy niż kiedyś. Rano bardzo często piję z moją mamą popołudniową herbatę. :) Rozmawiamy przez skype prawie codziennie. Komunikator internetowy wykorzystuję głównie na rodzinne nadrabianie zaległości. Z moimi znajomymi i przyjaciółmi wymieniam się mailami i wiadomościami tekstowymi oraz rozmawiam za pośrednictwem mediów społecznościowych, najczęściej facebooka.

Jak wyglądają Pani relacje z polską społecznością na emigracji?

Moje okolice nie są miejscem, w którym skupia się dużo Polonii amerykańskiej. Nie ma tu wydarzeń kulturalnych, takich jakie można spotkać w Nowym Jorku bądź Chicago, przeznaczonych typowo dla polskiej publiczności. Pierwszym Polakiem, którego poznałam był pracownik techniczny obsługujący kompleks, w którym mieszkamy. Przyszedł kilka dni po naszym przyjeździe zapytać czy wszystko w porządku i usłyszawszy moje imię płynnie przełączył się na język polski. Później przez długi czas nie spotkałam żadnego rodaka. Obecnie do grona moich polskich znajomych należą zaledwie trzy rodziny, których historie mogłyby być materiałem na bardzo ciekawy reportaż. 

Co uważa Pani za swój największy sukces lub porażkę jako emigrantki ?

Tempo w jakim przyszło mi się usamodzielnić na obcej ziemi uważam za swój największy sukces. O porażkach nie myślę, nie żyję przeszłością. Swoje niepowodzenia, te większe i te mniejsze, staram się przekuwać w pozytywne osiągnięcia. Takiego podejścia nauczyłam się tutaj za wielką wodą. 

Jak ocenia Pani samo zjawisko emigracji – czy ma ono pozytywny czy negatywny wpływ na człowieka?

Uważam, że zjawisko emigracji ma jak najbardziej pozytywny wpływ na człowieka. Oczywiście wszystko zależy od okoliczności, w jakich ktoś opuszczał swój kraj, ale generalnie, podróże kształcą i tak też stało się w moim przypadku. Jestem bogatsza o wiele doświadczeń. Ponadto emigracja spowodowała, że bardziej zaczęłam doceniać to co jest mi dane. Życie udowodniło, że nic nie jest na zawsze. Dziś mogę być w Ameryce, jutro w Europie, a jeszcze w inny dzień w Australii. Doceniając każdą chwilę czuję się szczęśliwsza. Również trochę innymi oczami patrzę na bliskich, którzy zostali w Polsce. Więcej o nich myślę, bardziej ich dostrzegam. Moja mama śmieje się, że częściej rozmawia ze mną odkąd wyjechałam :)

Co włożyła Pani do swojej walizki emigrantki? Dosłownie i mentalnie? Czy były w Pani walizce jakieś pamiątki z Polski o wartości sentymentalnej? Szczególne, wyjątkowe przedmioty? Co zabrała Pani ze sobą jako człowiek? (np. wykształcenie, determinację, cele, marzenia, chęć do ciężkiej pracy). 

Do mojej walizki emigrantki nie zabrałam wiele, chcąc zostawić miejsce na nowe. Wyjeżdżając nie byłam specjalnie sentymentalna, ponieważ wiedziałam, że nie opuszczam kraju na zawsze. Jako człowiek zabrałam ze sobą przekonanie o swojej własnej wartości i wiarę w to, że sobie poradzę. 

Co dał Pani ten wyjazd? Czego nie byłaby Pani w stanie przeżyć, doświadczyć w Polsce?

Wyjazd do Stanów Zjednoczonych przyniósł ze sobą wiele nowych przeżyć. Pierwszy raz jadłam kolację z okazji Święta Dziękczynienia, widziałam szczerą radość Amerykanów, kiedy 4 lipca uśmiechnięci oglądali fajerwerki, a nad ich głowami przelatywały F16, prosiłam sąsiadów o cukierki w Halloween. Te wszystkie święta, jakże komercyjne, bardzo tu pasują i są jakoś prawdziwe. Wyjechałam ze starego, dostojnego kontynentu do nowego świata z ogromymi przestrzeniami i zróżnicowanymi krajobrazami. Dzięki wyjazdowi spełniam wiele swoich marzeń, często przyziemnych. Gdybym nie wyjechała, nie czytałabym książki na kocyku w Central Parku, nie oglądałabym sztuki na Broadwayu, nie widziałabym Wielkiego Kanionu i wodospadu Niagara, nie podziwiałabym kolorowych neonów w Las Vegas i nie zachwycałabym się hawajskimi plażami. To wszystko jest tu o wiele bardziej w zasięgu. Amerykanie marzą z kolei o podróżach do Europy. Kiedy rozmawiamy, oni myślą o Rzymie, Paryżu, Londynie czy Barcelonie. Zatem ja cieszę się, że mogę oglądać zarówno stary jak i nowy świat.

Czy interesuje się Pani tym co się dzieje w kraju? Czyta Pani polskie gazety, portale internetowe?

Jestem na bieżąco z tym co dzieje się w Polsce. W naszym pakiecie telewizyjnym mamy kanał informacyjny TVN24 i w zasadzie jeśli oglądamy telewizję to z reguły tę. Przy komputerze pracuję codziennie, więc w wolnej chwili zaglądam na portale informacyjne typu onet.pl czy gazeta.pl.

Czego brakuje Pani z Polski? Za czym Pani tęskni?

Najbardziej tęsknimy oczywiście za bliskimi. Zwłaszcza w niedzielę, która zawsze była synonimem małych spędów rodzinnych. Jesteśmy wszyscy bardzo zżyci i wiem, że "naszym po drugiej stronie" też czasami jest ciężko. Z rzeczy przyziemnych najbardziej mi brakuje polskich produktów spożywczych. Na początku bardzo trudno było mi się odnaleźć w tutejszych sklepach. Wszystko ładnie opakowane, owoce i warzywa duże i błyszczące. a mnie się chciało polskich buraków wyciągniętych prosto z ziemi :). Brakuje mi też polskich kwaśnych smaków: żurku, kapusty kiszonej w beczce, ogórków małosolnych. Oczywiście są tu w bliższej i dalszej okolicy polskie sklepy, ale ich cenniki są horrendalne. Po dwóch latach nauczyłam się już gdzie i co kupować. Po warzywa jadę do rolników na mały targ, chleb staramy się piec sami, a resztę kupuję w sprawdzonych już i zaakceptowanych przeze mnie i moich chłopaków sklepach.

Jak teraz z obecnej perspektywy patrzy Pani na Polskę?

Z obecnej perspektywy patrzę na Polskę jako mój dom, w którym jest jeszcze wiele do zrobienia. Komfort życia osób starszych, poziom szkolnictwa publicznego czy wsparcie dla osób niepracujących to tylko jedne z wielu pozycji na mojej liście przemyśleń.

Kim się Pani czuje? Polką? Amerykanką? Obywatelką świata?

Całym sercem pozostaję Polką i jestem z tego dumna. Jednocześnie jak najbardziej czuję się obywatelką świata. Cieszę się, że mogę podróżować. To bardzo poszerza horyzonty. Uczy odnajdywać się w nowych sytuacjach.

Jakie cechy pomagają, a jakie przeszkadzają Polakom na emigracji?

Myślę, że największą przeszkodą dla Polaków na emigracji jest ich własne mniemanie o sobie. Wciąż pokutuje postrzeganie siebie w obcym kraju jako obywatela drugiej kategorii. Często ludzie wyjeżdżający z kraju to osoby z wyższym wykształceniem, z tytułem magistra, inżyniera, które na nowej ziemi muszą zaczynać od początku. Najważniejsze to myśleć o sobie dobrze i nie poddawać się. Wyjść z inicjatywą i walczyć o swoje marzenia. 

W jaki sposób utrzymuje Pani i przekazuje swojemu synkowi polskie tradycje, obyczaje, język? 

W naszym domu mówimy po polsku, obchodzimy polskie święta z należytą tradycją, czytamy Elementarz Falskiego i recytujemy Kto Ty jesteś? Bełzy. Razem z synkiem lepimy pierogi, smażymy krokiety, gotujemy barszcz i żurek. Świat to teraz globalna wioska, więc tylko od nas zależy sposób, w jaki będziemy pielęgnować własne tradycje, a to gdzie mieszkamy nie ma większego znaczenia. Ważne by Polakiem czuć się w sercu.

Na jakie bariery natrafiła Pani na emigracji?

Okoliczności naszego przyjazdy były dość specyficzne, dlatego nie mogę nic powiedzieć o początkowych barierach i ograniczeniach. Stany Zjednoczone przyjęły nas z otwartymi ramionami. Jestem bardzo wdzięczna, ponieważ na swojej amerykańskiej drodze spotykam dobrych, pomocnych i uśmiechniętych ludzi. Ta bezinteresowność niezmiennie mnie zadziwia. Uczę się jej od moich amerykańskich znajomych, a to przynosi wspaniałe efekty.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Muzeum jest nową instytucją. Nie posiada jeszcze przestrzeni wystawienniczej, prace nad wystawą stałą są w toku. Docelowa siedziba jest w chwili obecnej remontowana. Będzie nią Dworzec Morski w Gdyni, wybudowany w 1933 roku. To właśnie z tego miejsca tysiące emigrantów wsiadało na transatlantyki i wyjeżdżało do Stanów, Brazylii, Kanady. 

Uważam, że jest to bardzo ciekawe przedsięwzięcie. Zachęcam do lektury historii innych emigrantów. Można je znaleźć TUTAJ.

Sunday, April 6, 2014

Z cyklu rzeczy użyteczne - boot shapers!

Dzisiaj rozpoczynam nowy cykl postów na temat moich  małych amerykańskich odkryć rzeczy użytecznych, które ułatwiają mi codzienne życie. Choć nie będzie to nic spektakularnego, uważam, że warto wspomnieć o drobiazgach, z którymi wcześniej nie miałam styczności.

Na pierwszy ogień idą boot shapers , czyli specjalne usztywniacze do wysokich butów, które pomagają w zachowaniu profilu buta na czas jego przechowywania. Patrzę w kalendarz i szczerze wierzę, że chłodne dni naprawdę się kończą. Moje zimowe buty nadal okupują hol, ale mam nadzieję, że to już ich ostatnie dni. Kto w kwietniu chodzi w kozakach?!? Czas zatem pomóc trochę wiośnie, zbuntować się przeciwko tym absurdalnym temperaturom i pomyśleć o prawidłowym przechowaniu "polarnego" obuwia. 

Podczas jednej z moich wizyt w sklepach sieci Marshalls natrafiłam na boot shapers. Pudełko z moim pierwszym użytecznym odkryciem wygląda tak:

Jak wynika z flagi umieszczonej w prawym dolnym rogu, usztywniacze zostały wyprodukowane w Stanach Zjednoczonych. Cóż za miła niespodzianka, w czasach, kiedy rynek zalany jest chińskimi wyrobami niskiej jakości.


Jak to ja, musiałam przeprowadzić małe dochodzenie :). Sprzedawcą boot shapers jest firma Austin Abbott Corp. z Kalifornii. Jej założyciele postanowili w 1969 r. rozpocząć działalność gospodarczą opierającą się na sprzedaży użytecznego sprzętu domowego, który będzie oryginalny i nie będzie go można znaleźć nigdzie indziej. Oczywiście takie założenia były możliwe do zrealizowania kiedy firma powstawała. Teraz na rynku amerykańskim można kupić bardzo wiele produktów sprzedawanych również przez AAC. Dlaczego Made in USA skoro to tylko sprzedawca? Cały biznes opiera się na współpracy wyłącznie z krajowymi producentami, którzy dostarczają swoje wyroby do Austin Abbott Corp. Obecnie w ofercie firmy można znaleźć chyba wszystko co jest związane z organizacją przestrzeni w domu. Od czepków kąpielowych pod prysznic po usztywniacze do butów.  Przeglądając ich wirtualny katalog najbardziej zwróciłam uwagę na kolorystykę produktów. Firma na swojej stronie dużo też pisze o jakości swoich wyrobów. Postanowiłam więc trochę się przyjrzeć moim nowym boot shapers

Zgodnie z opisem na pudełku buty można powiesić, postawić i przede wszystkim wyprofilować. Po otworzeniu kartonu moim oczom ukazało się takie oto coś:


Gdybym pracowała w dziale kontroli jakości, na pewno przyznałabym temu produktowi pozytywną ocenę, już za sam sposób jego wykonania. Usztywniacze zrobione są w większej części z plastiku. Jest to twardy materiał, bez ostrych brzegów. Mechanizm opiera się na mocno uginających się metalowych paskach, umieszczonych pomiędzy plastikowymi panelami.

Na górnym metalowym pasku dodatkowo umieszczono haczyk, który umożliwia powieszenie obuwia. To bardzo dobre rozwiązanie.


Skoro pierwsze oględziny miałam już za sobą, przystąpiłam do akcji usztywniania! Czynność bardzo prosta, nie wymagająca zbytniego wysiłku. Jak widać na zdjęciu poniżej, boot shaper bardzo ładnie układa się w bucie i dobrze przylega do jego boków, nadając mu kształt.


Postawiłam buta na podłodze i ... But stoi, a jaki wprostowany! Jest bardzo porządnie usztywniony.


Oczywiście w opakowaniu są dwie sztuki :)


Teraz mogę być spokojna, że moje ulubione kozaki spokojnie przetrwają do następnego sezonu zimowego. Jeszcze nie postanowiłam czy włożę je z powrotem do pudełka, czy powieszę w szafie, zgodnie z sugestią producenta.
W formie wiszącej buty prezentują się tak:


Uważam, że jest to bardzo ciekawy sposób na przechowywanie obuwia zimowego. Nie spotkałam się w Polsce z czymś takim. Cena jest również do zaakceptowania, zwłaszcza ta po przecenie!


Austin Abbott Corp. nie bez przyczyny nazywają się Great Idea Company - pomysły na produkty, które sprzedają mają naprawdę bardzo dobre.
Gdyby ktoś chciał pooglądać co jeszcze ciekawego można znaleźć w ich ofercie, odsyłam TUTAJ.

Licząc, że zimne dni już się kończą, poniżej przedstawiam jeszcze podstawowe zasady przechowywania obuwia:

1. Po sezonie przeglądamy wszystkie nasze buty. Te, które są już za małe oddajemy komuś, kto jest posiadaczem mniejszej stópki :), te, które są zniszczone wyrzucamy. Bez sentymentów!

2. Buty, które zostają na następny sezon zanosimy do szewca. Przyglądamy się, gdzie potrzebne są nowe fleki lub nowe sznurówki. Wszelkie naprawy powinny być zrobione po zakończeniu sezonu. Dzięki temu kiedy przyjdzie następna zima nie będziemy biegać do szewca na ostatnią chwilę.

3. Zanim odłożymy buty na półki trzeba je koniecznie wyczyścić. Brud, sól i błoto mogą uszkodzić nasze obuwie permanentnie.

4. Przy przechowywaniu ważne są również walory zapachowe. Jeśli zależy nam na usunięciu nieprzyjemnej woni najlepszym rozwiązaniem jest żwirek koci, który doskonale pochłania wszelkie aromaty. Jeśli chcemy tylko nadać naszym butom przyjemny zapach, najlepiej sprawdzą się małe lniane woreczki z suszoną lawendą.

5. W przypadku butów wysokich koniecznie trzeba je usztywnić. Jeśli w spisie inwentaryzacyjnym naszej szafy nie figuruje pozycja boot shapers, z pomocą mogą przyjść stare gazety, rolki po ręcznikach papierowych, a także Pinterest :). Inspiracji można poszukać TUTAJ.  Ja tak robiłam jeszcze w poprzednim sezonie. 


6. Sztuka organizacji mówi, że każdą parę butów powinnyśmy przechowywać w osobnym pudełku. Ja trzymam swoje w oryginalnych pudełkach. W USA w sklepach "dolarowych" (np. Dollar Tree) można kupić specjalne pudełka na buty. Ikea w swojej ofercie również ma coś do zaproponowania.

7. Jeśli wybieramy plastikowe pudełka, dobrze jest zrobić zdjęcie każdej parze butów, którą w nich umieszczamy. Takie zdjęcie można wydrukować i przykleić na przód opakowania. Ponieważ ja trzymam swoje buty w oryginalnych pudełkach, nie mam potrzeby robienia zdjęć. Aczkolwiek uważam, że jest to bardzo schludny i przyjemny sposób na przechowywanie. Tyle, że na początek trzeba poczynić pewne inwestycje.

8. Buty trzymane w pudełkach powinny być dodatkowo umieszczone w torebkach, najlepiej z miękkiego materiału. To zabezpieczy je przed ewentualnymi uszkodzeniami garderobianymi.

9. Buty umieszczamy na najniższych albo najwyższych półkach. Tam, gdzie nie będziemy musiały sięgać przez najbliższe kilka miesięcy.

10. W ten sposób przed następną zimą będziemy gotowe, a to również ułatwi nam zaplanowanie ewentualnych zakupów obuwiowych :).


Pozdrawiam wszystkie wielbicielki i wielbicieli butów! :)