Monday, September 22, 2014

Letnie pocztówki z Polski (dużo zdjęć!)

Trochę czasu upłynęło odkąd ostatni raz pisałam. Ostatni dzień lata zmobliował mnie trochę, ponieważ nie wypada publikować wakacyjnych zdjęć, kiedy z drzew spadają liście, a świat nabiera pomarańczowo - brązowej barwy. Dzisiaj będzie sentymentalnie, bowiem wrócę pamięcią do cudownych letnich pięciu tygodni, które spędziłam razem z Mikiem w Polsce. Nie sposób opisać w jednym miejscu wszystkiego co przeżyliśmy i zobaczyliśmy. Nasz wyjazd pozostawił po sobie słodko-gorzki posmak. Jak zawsze kiedy jesteśmy w Polsce, a potem czas wracać na nowy ląd. Nie ważne jak często przylatuję do Polski, łzy są zawsze. Bardzo trudno jest zostawiać tych najbliższych, rodziców, rodzeństwo, a także prawdziwych przyjaciół. Dzięki takiemu wynalazkowi jak skype, rozłąka jest mniej bolesna, ale wszyscy wiedzą, że między patrzeniem na kogoś przez ekran, a prosto w oczy, jest ogromna różnica. Dlatego też z wielkim wzruszeniem wracam do naszej wakacyjnej polskiej wyprawy i przedstawiam ją poniżej w zdjęciach. Mimo wszelkich starań będzie trochę chaotycznie. Przy niektórych zdjęciach bawiłam się edytowaniem, kiedy wrzucałam je na swoją stronę na facebooku i instagramie, inne są po prostu zrzucone z aparatu. Zatem zaczynamy wspomnienia.


W dzień wylotu, na lotnisku, ekscytacja sięgała zenitu! Lecieliśmy znów lotowskim dreamlinerem. Przewoźnik się w zasadzie spisał, choć lot nie należał do komfortowych. Przede wszystkim z uwagi na nasze miejsca siedzące. Bilety rezerwowaliśmy dość późno, więc na dobre fotele nie było co liczyć. Trafiła nam się trójka. Miki siedział przy oknie, ja w środku, a miejsce od strony korytarza zajmowała nieznana nam pani. Tu właśnie pojawił się problem, ponieważ była dość konkretnych rozmiarów i pół jej lewego uda zajmowało moje siedzenie... Nie jest tajemnicą, że otyłość to słabość wielu Amerykanów, ale czy w takiej sytuacji nie powinno się trochę inaczej dysponować miejscami? W końcu zapłaciłam za cały fotel, a nie za 3/4. Nie obrażając nikogo, to tylko takie moje zupełnie nie złośliwe rozważania. Co poza tym? Lecieliśmy późną nocą. Sądziłam, że może uda mi się usnąć, ale niestety potwierdziło się, że w moim przypadku spanie w samolocie nie wchodzi w grę. Po wielu próbach, odpuściłam, a darowany mi czas przeznaczyłam na nadrabianie kinowych zaległości. Obejrzałam Noah, Pompei i The Other Woman z Cameron Diaz. Ten ostatni ubawił mnie do łez. Śmiałam się tak glośno, że chyba słyszał mnie cały samolot. Polecam gorąco. To świetna i lekka komedia. Poniżej zdjęcia z lotniska.


Przylecieliśmy wczesnym popołudniem, a nasze organizmy kolejny raz zostały wystawione na próbę różnicy czasu. Moim sposobem na poradzenie sobie z jet lagiem, o czym już pisałam, jest przetrzymanie dnia do końca i położenie się do łóżka w wieczornej porze czasu lokalnego. I tym razem metoda sprawdziła się.

Z samolotu prawie od razu pojechaliśmy do mojej babci na gołąbki. Coś jest w tych potrawach przygotowywanych przez babcie. Mają taki swój wyjątkowy smak. Gołąbki babci Ani są najlepszymi jakie w życiu jadłam. Fakt, że nie często zdarza mi się obecnie kosztować polskiej kuchni, powoduje, że doceniam te smaki jeszcze bardziej.



Nie ukrywam, że mijają już trzy lata od czasu naszego przylotu do USA, a ja jeszcze nie znalazłam dobrego fryzjera w swojej okolicy. Na mój gust amerykańscy fryzjerzy obcinają bardzo schematycznie. Temu co wychodzi spod ich grzebienia zupełnie brak polotu. Mało tego, mam wrażenie, że tutaj sztuka fryzjerska zatrzymała się w czasie. Połowa amerykańskich kolegów Mika jest obcięta na tak zwany garnek! Wiele razy spotkałam się natomiast z poglądem, że najlepiej obcinają fryzjerzy z Europy. Moja koleżanka z Indiany ma swoją Bobę i zawsze ładne włosy. Zawsze kiedy przylatujemy do Polski, jedną z pierwszych wizyt jest ta u fryzjera. Jako że nastała pora gorąca, a Miki ma furę włosów na głowie, postanowiliśmy poszaleć. Poniżej efekty naszego szaleństwa!



Dużą część naszych polskich wakacji spędziliśmy u moich teściów w górach, w miejscowości Sopotnia Wielka w Beskidzie Żywieckim. Och, jak tam można odpocząć. Miki był przeszczęśliwy,  ponieważ razem z nami pojechali moja mama, teście, jego ukochani kuzyni Kuba i Mateusz. Poniżej cała banda w komplecie :).



Takie widoki były mi dane każdego dnia. Wystarczyło tylko wyjść na werandę. Schłodzone białe wino doskonale wpisywało się w wakacyjny relaks.



O nudzie nie było mowy. Chodziliśmy na spacery, wspinaliśmy się po górach i zbieraliśmy polne kwiatki. To nic, że chłopcy z reguły po 5 minutach wspólnej wędrówki byli głodni, chciało im się pić albo siku. Grunt, że byliśmy na świeżym powietrzu.


Ponieważ trafiliśmy praktycznie na brazylijskie finały mistrzostw świata w piłce nożnej, chłopcy grali od rana do wieczora swoje własne rozgrywki na ogrodzie.


Alternatywą dla elektroniki były wiejskie klimaty :). Krowy, kury, traktory!


A także pyszne poziomki i czerwone porzeczki jedzone prosto z krzaczka.


Chyba nie trzeba się zastanawiać czy kuzyni dobrze spędzali czas. Uśmiechy mówią same za siebie. :)


i po poziomkach :)


Jedną z atrakcji Sopotni Wielkiej jest wodospad, na który bardzo często chodziliśmy. Wodospad liczy 620 m.n.p.m. i uznawany jest za najwyższy w polskich Beskidach.


Kilka informacji na temat wodospadu. Jak widać niektórzy turyści chcieli dopisać kilka swoich słów, niekoniecznie treściwych.


Najlepsza zabawa na świecie: puszczanie kaczek na rzece.


Typowa wiejska tablica ogłoszeniowa. Jak widać do Korbielowa niedaleko. :)


Mała chatka na trasie naszego spaceru.


Tym zajmowaliśmy się kiedy nad głowami przechodziły popołudniowe burze.


Autorskie precle mojej teściowej z serem i szynką szwarcwaldzką. 


Pewnego popołudnia udało nam się wybrać do Rychwałdu, do Sanktuarium Matki Boskiej Rychwałdzkiej. Jakże różnią się nasze polskie kościoły od tych amerykańskich. Rychwałd położony jest 6 km na północny - wschód od Żywca, w dolinie potoku Nawieśnik. Należy do najstarszych osad wiejskich otaczających w średniowieczu miasto Żywiec. Początki tej miejscowości sięgają przełomu XIII i XIV wieku. Książę oświęcimski Kazimierz osadził tu w XV wieku kilka rodzin z Moraw.


Wejście główne było w trakcie remontu.


W środku piękne zdobienia i malowidła.


Poniżej dostojne organy kościelne. Był to pierwotnie instrument firmy Rieger wybudowany w 1888 r. Około roku 1981 organy zostały przebudowane przez firmę Ryszarda Plenikowskiego i Józefa Adamczyka z Kartuz. Podczas tej przebudowy zostały powiększone do obecnej liczby głosów. W marcu tego roku  organy przeszły kolejny remont prowadzony przez prywatną firmę z Krakowa.


Jedna ze ścian sanktuarium przedstawia portret Św. Faustyny Kowalskiej. Zakonnicy znanej przede wszystkim z głoszenia kultu Miłosierdzia Bożego,  autorki dzienniczka,  w którym opisała swoje duchowe i mistyczne doświadczenia.


Przez Rychwałd biegnie również beskidzka droga Św. Jakuba prowadząca do hiszpańskiego miasteczka Santiago De Compostella.


To zaledwie  2707 km w linii prostej.


Kolejnym z miejsc, które udało nam się odwiedzić to Hotel & SPA Kocierz. Ten ośrodek mocno się zmienił od czasu, kiedy byłam tu ostatnio. Bardzo ciekawe miejsce położone na szczycie Przełęczy Kocierskiej. Można popływać:


Można zjeść coś słodkiego: 


Można zjeść coś grillowanego: 


Można posiedzieć na tarasie widokowym: 


Letnia pora sprzyja zdrowemu odżywianiu. Sklep Witaminka w Jeleśni był często odwiedzanym przez nas miejscem.


Do wyboru, do koloru, a wszystko prosto od lokalnych rolników!


Najcenniejszym zabytkiem potwierdzającym wielowiekowa historię Jeleśni jest Stara Karczma. W XVIII w. istnienie karczm w beskidzkich wioskach było powszechne – stanowiły one nie tylko miejsce spotkań, konsumpcji jedzenia i napitku, ale także pełniły rolę etapowych wozowni, sprzedawały karmę dla zwierząt oraz świadczyły usługi noclegowe. Na 100 wiosek w rejonie Beskidów przypadało około 70-80 karczm, przede wszystkim przy ważnych ciągach komunikacyjnych. Do dnia dzisiejszego zachowały się tylko dwa autentyczne obiekty z tego okresu: w Suchej Beskidzkiej Karczma Rzym i właśnie ta w Jeleśni.

                    

Kilka informacji z tablicy przed karczmą.

  

Bardzo ciekawe wnętrze i pyszny żurek w chlebie. To moje kwaśne smaki ;). 


Jeleśnia zmienia się z roku na rok. Przed karczmą znajduje się piękny zielony deptak z fontanną. Jest bardzo przyjemnie, zwłaszcza w słoneczne dni.


Poważne podejście do gry. Koncentracja jest gwarancją wygranej :)


Nie byłoby wakacji bez kiełbaski na patyku smażonej na ognisku. Mniam!


Na takie przyjemności przeznaczyliśmy sporą część naszego wakacyjnego budżetu. Karty piłkarskie z tegorocznego Mundialu. Jedna paczka kosztowała ok. 4 zł., zawierała 6 kart. Fajnie było na początku, kiedy szanse powtórek było bardzo małe. Z każdą paczką było coraz trudniej. Miki zapełnił ponad połowę albumu i drugie tyle zostało mu w podwójnych kartach. No cóż, tyle kosztowała kolekcjonerska pasja mojego synka.


Kwintesencja moich popołudniowych sjest. Kawa i Kindle na tarasie.


Po powrocie z Beskidów również nie narzekaliśmy na nudę. W trakcie naszego minimaratonu odwiedzinowego udało nam się zobaczyć z wieloma znajomymi. Poniżej Miki z kuzynem w jacuzzi na ogrodzie. Swoją drogą świetna sprawa taka kąpiel, zarówno dla małych jak i dla dużych.


Dawno, dawno temu byłam uczennicą liceum ogólnokształcącego w klasie o dość enigmatycznym profilu pedagogiczno-menadżerskim. 1 września 1994 r. moją klasę wzięła pod swoje opiekuńcze skrzydła wspaniała nauczycielka. Minęły 4 lata nauki, minęła matura, ale nie przeminęła ta znajomość. Teraz jestem z "moją panią profesor" na Ty i jest to jedna z ważniejszych dla mnie osób. Są tacy ludzie, których można słuchać bez końca i Ula taka właśnie jest. Kiedy jesteśmy w Polsce nie mogę odmówić sobie spotkania z nią. Każde z nich jest jak uczta słowna, pełna humoru i mądrych spostrzeżeń. Ula jest wybitną polonistką, drżę na myśl, że może kiedyś trafić na tę moją pisaninę! :))))) 

Poniżej odwiedziny na ogrodzie u Uli. Miki zabrał się za grabienie liści.


Potem czekaliśmy na ptaszki.


A potem zmęczona grabieniem i czekaniem ułożyłam się wygodnie w hamaku na kilka chwil. Jakie to wygodne! 


Ula i jej mąż Jurek - moi cudowni przyjaciele!


Już drugi rok z rzędu Miki świętował swoje urodziny w większym gronie, razem z całą naszą rodziną, na ogrodzie. Brakowało jedynie tatusia, z którym łączyliśmy się na skype na wspólne śpiewanie STO LAT. Celebrowanie 7 lat rozpoczęliśmy od wizyty w kinie. Miki wybrał film Samoloty 2. Chyba się podobało!


Każdy poważny wielbiciel Gwiezdnych Wojen musi mieć tort z takim właśnie tematem przewodnim. Cukiernia spisała się na medal. Nie mogę wyjść z podziwu jak udało im się wykonać lukrowego mistrza Jodę.;)


Nasze urodziny z pewnością różnią się od tych, na które chodzimy w USA. Przede wszystkim pod względem serwowanego jedzenia. Jak co roku postawiliśmy na zdrowe przekąski. Świeże warzywa z dipem jogurtowym, szaszłyki, kurczaki w cytrynowej marynacie, arbuz pełen niespodzianek i nagroda dla mamy za kulinarny wysiłek - schłodzone Prosecco.


Ktoś tu się chyba dobrze bawił!


Jak na bardzo amatorskie selfie chyba wyszło nam nieźle. Dobry humor udzielił się każdemu gościowi urodzinowego przyjęcia.


Świadczy o tym choćby to zdjęcie. Istne szaleństwo!


I odwiedzin ciąg dalszy. Tym razem u wujka Tomka w Zatorze. 


Albo w Filipowicach u cioci Bożenki. Tu tematem przewodnim było objadanie się owocami i wylegiwanie na hamaku. Lubię to!


Bliskie spotkania z Amperem. Uwielbiam to zdjęcie!


 I kolejna wizyta w Zatorze. Tym razem w dość ciekawym parku rozrywki.



Tu lunapark.


Tu park z dinozaurami.







Tu zgodnie z tym co mówi zdjęcie park bajek i wodnych stworzeń. Taki trochę miszmasz. 







Park mitologii. Całkiem niezłe miejsce. Można było wiele sobie przypomnieć i nauczyć się. 


Fragmenty budowli przypominające starożytną Grecję.


Labirynt minotaura.


Karmienie karpi suszoną kukurydzą.



 Pływaliśmy łódką po wodzie i oglądaliśmy mityczne figury.


Koń trojański.


 Dom do góry nogami. Oj kręciło się w głowie!


Park Owadów.


W czasie pobytu w Polsce nie zabrakło mi też czasu na wieczorne wyjścia. Dzięki instytucjom Babcia, Dziadek, Ciocia i Wujek :), mogłam zostawić Mikołaja w dobrych rękach i spotkać się ze znajomymi. Poniżej moje kolejne podejście do selfie, tuż przed wyjściem na imprezę do Katowic.

          

W drodze do centrum, Hala Widowiskowo-Sportowa Spodek - symbol Katowic.


Punktem kulminacyjnym wieczoru miało być otwarcie nowego klubu w centrum o nazwie PRIME. Jeśli mam być szczera to miejsce nie zrobiło na mnie dobrego wrażenia. Panie wystrojone jak na wesele, w mocnym makijażu, włosach sztywnych od lakieru i niebotycznych szpilkach. Panowie to już zupełna pomyłka. Rzekłabym, że płeć przeciwną reprezentowały dwie kategorie, podstarzali gogusie, ewidentnie w ostatniej fazie jakiegoś kryzysu, przekonani, że pieniądze mogą wszystko oraz młode szczawiki jeszcze bez zarostu, ale kilogramem żelu we włosach. Wystrój klubu dość surowy, ciasno. Na powitanie podano margaritę i sushi. To im się udało, ale kiedy dj zaczął grać, muzyka którą zaproponował mocno mnie zniechęciła. Nawet nie potrafię skategoryzować co to było. Liczyłam na letnie hity, w sam raz na ciepłą noc. Snobistyczny klub zamieniliśmy na tętniącą życiem ulicę Mariacką. Warto było!


Mariacka nocą. 


Taka oto ciekawa architektura.


Jak się bawić to się bawić. Miejsce z bardzo krótkim menu.


Frytki z majonezem po północy? Czemu nie!


Do tego lemoniada z rabarbarem. 


Bawić za długo się nie wypadało. Na drugi dzień czekała nas wizyta u dziadka. Zgodnie z koszulką to World's Greatest Grandpa of all time! Mój Tato.


Znalazł się też czas na wyskok na odkryty basen. Tutaj Sielec, basen w centrum Sosnowca. Bardzo fajny, ale w upalne dni mocno oblężony!


Chłopcy złapali bakcyla i graliśmy w scrabble przy każdej możliwej sposobności.


W moim rodzinnym mieście Jaworznie, ze środków unijnych utworzono Geosferę - raj dla miłośników natury. Tereny po kamieniołomie przemieniono w ekologiczny park. Bardzo przyjemne miejsce. Można pospacerować, pobawić się na placu zabaw i odpocząć na wodą.


Kolejne wyjście. Tym razem lokalne.


Z moją drugą duchową połową. Takie przyjaźnie są chyba na zawsze, nieważne ile dzieli nas kilometrów. Różnica wieku 8 lat absolutnie nie przeszkadza.


Miejskie Centrum Kultury i Sportu - miejsce gdzie "naście" lat temu udzielałam się tanecznie. Wspaniałe czasy, wspaniałe wspomnienia!


Nie mogę nie wspomnieć o lekcjach pływania Majkiego - jak nazywał go trener. Mały miał mnóstwo radości i doskonale radził sobie w wodzie.


Majki ze swoim instruktorem pływania. 


Obowiązkowa kawa i ciacho z Mamą.


Kolejna wyprawa do Katowic, tym razem w świetle dnia, do mojego dawnego miejsca pracy - Hotelu Monopol. Tu zdjęcie z lunchu z Darkiem -managerem Restauracji Cristallo. 


Po panini z łososiem podano mi torcik Pavlova. Pyszne ciastko bezowe z owocami. Baardzo słodkie.


Katowice to miasto, które rozwija się bardzo dynamicznie. Nie mogłam odmówić sobie wizyty w Galerii Katowickiej, która jeszcze nie istniała, kiedy wyjeżdżałam z Polski. Teraz po dworcowej estakadzie nie ma śladu. Jest za to ogromne centrum handlowe z takimi oto toaletami.


Moja wędrówka po centrum. Po lewej Dom Towarowy Skarbek.


Zamknięty dla ruchu samochodowego rynek ze Spodkiem w tle. 


To mnie zaciekawiło.


Jeszcze jeden rzut oka na Mariacką, tym razem w dzień.


Klub muzyczny Lemo, to była Lemoniada. Podobno jedno z lepszych miejsc na wieczorne wyjście. Nie wiem, nie sprawdziłam.


Za to knajpki na Mariackiej rosną jak grzyby po deszczu. Tu coś rodem z PRL.


A tu miejsce, które najbardziej przykuło moją uwagę: Lorneta z Meduzą, czyli seteczka z galaretką. :)


Bardzo ciekawa konwencja menu. Wszystkie napoje za 4 zł. - wszystkie!


Wszystkie zakąski za 8 zł.


I jeszcze kilka zdjęć z naszego wypadu na tyskie Paprocany. Były lody i plac zabaw.


Był rowerek wodny i spacer po plaży.


Był też splash park, w sam raz na taką pogodę!


A na koniec domowy obiad na ogrodzie w gronie rodzinnym. Obowiązkowy żurek i przepyszne pierogi w kilku odsłonach.  Mniam, mniam!!!


No i tak to było. Zdjęć jest tysiące i nie sposób ich wszystkich pokazać. Poza tym interesujące byłyby pewnie tylko dla samego autora. :) Działo się o wiele więcej, ale tego też nie da się opisać, choćby w najmniejszym skrócie.
Cudownie spędziliśmy ten czas. Dziękuję wszystkim, którzy znaleźli dla nas czas. Pozdrawiam całą familię, wszystkich przyjaciół i znajomych. Bardzo tęsknimy! Do następnego razu!

PS. Wracaliśmy Lufthansą z Krakowa do Filadelfii i.... to jest historia na inny raz. Pierwszy raz niemieckie linie zawiodły. Na swój bagaż czekałam 4 dni!!!