Sunday, November 30, 2014

Give Thanks!


Dzisiaj niedziela, ostatni dzień listopada i koniec długiego weekendu, który zaczął się od Święta Dziękczynienia. Jak to zwykle bywa przy tworzeniu kolejnego posta, postanowiłam sięgnąć trochę do historii. Rok temu opisywałam szczegóły tego amerykańskiego święta wywodzącego się z kolacji dziękczynnej zorganizowanej przez członków kolonii Plymouth w 1621 r., a przeczytać o tym można tutaj. Teraz postanowiłam przyjrzeć się bliżej postaci Squanto, jednego z dwóch Indian (obok Samoseta), którzy pomagali angielskim pielgrzymom przetrwać pierwszą zimę na nowym lądzie.


Squanto, znany także jako Tisquantum urodził się w latach 80.XVI w. Dokładna data jego urodzenia nie jest znana, ale wielu historyków uznało okres pomiędzy 1. stycznia 1585 r. a 1592 r. za najbardziej prawdopodobny. Miejscem jego urodzenia są okolice obecnego Plymouth w stanie Massachusetts. Squanto należał do szczepu Patuxet, z plemienia Wampanoagów. W czasie swojego życia przekraczał Ocean Atlantycki sześciokrotnie.
W 1605 roku wraz z kilkoma innymi Indianami ze swojego plemienia, został porwany przez kapitana George'a Weymoutha, odkrywającego wybrzeża Nowej Anglii, który pragnął pokazać amerykańskich tubylców Ferdinando Gorgesowi, finansującemu jego zamorskie wyprawy. Gorges nauczył Squanto języka angielskiego i wyszkolił na tłumacza pomiędzy rdzennymi mieszkańcami Ameryki Północnej a Anglikami. 
W 1614 r. Indianin powrócił do Nowej Anglii wraz z ekspedycją prowadzoną przez kapitana Johna Smitha. W drodze powrotnej do swojego plemienia Squanto został ponownie uprowadzony, tym razem przez innego Anglika, Thomasa Hunta, jednego z zastępców Smitha. Hunt planował sprzedać Squanto wraz z innymi Indianami w niewolę, 20 funtów za osobę.
Lokalni zakonnicy szybko odkryli plany Hunta, przejęli Indian i pracowali nad ich nawróceniem na wiarę katolicką. Squanto przekonał mnichów, by pozwolili mu spróbować wrócić do domu. Udało mu się przedostać do Londynu, gdzie mieszkał z konstruktorem okrętów, Johnem Slany, dla którego pracował przez kilka lat. Slany zabrał Squanto do Cuper's Cove w Nowej Fundlandii w 1617 r. Aby dotrzeć się do Nowej Anglii, Indianin próbował wziąć udział w wyprawie do tej części wschodniego wybrzeża Ameryki Północnej, ale Thomas Dermer wysłał go z powrotem do Anglii w 1618 r., w celu spotkania się z Gorgesem i poproszenia go o oficjalne pozwolenie na powrót do swojej ojczyzny. W 1619 r. Squanto udało się wrócić, na pokładzie statku kapitana Smitha. 
Wkrótce odkrył, że Patuxet, jak i większość innych nadmorskich plemion Nowej Anglii została zniszczona w roku poprzednim przez zarazę. Była to najprawdopodobnie ospa, aczkolwiek nie ma na to solidnych dowodów. 
Podczas swego kilkuletniego pobytu w Anglii Tisquantum opanował język angielski na tyle dobrze, że po powrocie w rodzinne strony rzeczywiście pomagał w kontaktach pomiędzy Indianami a kolonistami jako tłumacz. 
22 marca 1621 r. inny Indianin Samoset, odwiedzający plemię Wampanoagów, zapoznał Squanto z angielskimi pielgrzymami. 


Squanto nauczył osadników metody uprawy kukurydzy, fasoli i dyni. Polegała ona na wtykaniu w kopczyki ziemi nasion tych trzech roślin, tak, aby po wyrośnięciu dynia i fasola wykorzystały łodygę kukurydzy jako wspierającą tyczkę. Pokazał im także miejscowy sposób nawożenia ziemi poprzez zakopywanie ryb obok nasion. Sposoby te okazały się bardzo skuteczne, koloniści zebrali obfite plony, a placki kukurydziane były wówczas głównym daniem podczas Święta Dziękczynienia. Squanto udzielił osadnikom także wielu innych cennych rad, m.in. jak budować domostwa, jak dostać się na niedostępne dla wszystkich tereny oraz gdzie najlepiej łowić ryby.


Squanto pracował również jako tłumacz i przewodnik osadników Stephena Hopkinsa i Edwarda Winslowa, którzy przybyli z misją dyplomatyczną do plemienia Wampanoagów. Wódz Massasoit, zamierzał zezwolić angielskim kolonistom na osiedlenie się w opuszczonych w wyniku epidemii wioskach, w zamian za wsparcie w konflikcie z Narragansettami. Wynegocjowana ugoda przyniosła krótkotrwałe korzyści Wampanoagom, kolonistom zapewniła natomiast nie tylko przetrwanie, ale i umocnienie się, co ostatecznie obróciło się przeciwko wszystkim tubylcom, także Wampanoagom. 
Podczas podobnej misji, tym razem na rzecz gubernatora Wiliama Bradforda, Squanto został pojmany przez członków swojego plemienia. Natychmiast zorganizowana akcja ratownicza prowadzona przez Anglika Mylesa Standisha liczyła dziesięć osób, a jej celem było odbicie żywego Squanto albo pomszczenie go na wypadek śmierci. Odnaleziono go całego i zdrowego, pielgrzymi z Plymouth przyjęli go bardzo serdecznie, a on w zamian kontynuował swą istotną rolę jako asystent kolonii. Pomimo, że Squanto funkcjonował jako sojusznik obu stron, wódz jego plemienia, który wcześniej wyznaczył go na łącznika pomiędzy Indianami i pielgrzymami, przestał mu ufać i przypisał mu drugiego przedstawiciela, który w rzeczywistości miał po prostu pilnować Squanto.
Pewnego dnia w drodze z jednego ze spotkań mających na celu poprawienie stosunków pomiędzy Wampanoagami a Pielgrzymami, Squanto źle się poczuł i dostał wysokiej gorączki. Jego nos obficie krwawił. Niektórzy historycy spekulują, że został on otruty przez swoje plemię, które uważało, że Squanto nie był lojalny wobec nich. Squanto umarł kilka dni później, 30 listopada 1622 r. w Chatham, Massachusetts. Pochowano go w nieoznaczonym grobie, prawdopodobnie na cmentarzu Burial Hill w Plymouth. Po jego śmierci pokój pomiędzy dwiema grupami trwał przez jedyne pięćdziesiąt kolejnych lat.

Nazwisko Squanto można spotkać w kilku miejscach w stanie Massachusetts. 
W 1994 r. Walt Disney Pictures zaprezentowała swoją produkcję o życiu Squanto, pod tytułem "Squanto - Ostatni Wielki Wojownik". Jeszcze nie widziałam tego filmu, ale mam nadzieję, że uda mi się go zobaczyć. Poniżej trailer dla zainteresowanych:


Chyba wystarczy historii na dziś. Wróćmy do Święta Dziękczynienia. W USA jest to święto narodowe, obchodzone w czwarty czwartek listopada. Współcześnie ma ono charakter świecki i rodzinny. Znaczenia nie ma rasa, kolor skóry i wyznanie. Liczy się tylko uczucie wdzięczności, bardzo potrzebne na co dzień. W tym dniu, chyba bardziej niż w innym człowiek uświadamia sobie jak wiele jest rzeczy, za które można podziękować. 

Nasze Święto Dziękczynienia spędziliśmy już czwarty rok z kolei u naszych amerykańskich przyjaciół w Whitehall. Towarzystwo amerykańskie, polskie, malezyjskie i hinduskie. Nie będę się rozpisywać zbytnio w tym temacie, ponieważ, choć na taki dzień czeka się cały rok, to ma on pewien schemat, o którym pisałam rok temu. Popatrzmy jednak na te pyszności ze stołu!

Nasze przystawki:





Zanim usiedliśmy do stołu, Miki zrobił wizytówki z numerkami, które później losowaliśmy. Kto koło kogo siedział miało być niespodzianką :)




Oto nasz indyk:







I wszystkie cudowne dodatki do indyka:

gravy czyli sos



stuffing czyli nadzienie indyka złożone z bagietki i warzyw


mashed potatoes czyli tłuczone ziemniaki


żurawina ze skórką pomarańczy


butternut squash z ciecierzycą


grillowane warzywa


słodkie ziemniaki z orzechami włoskimi


zielona sałata


dip czosnkowy z zieloną cebulką


czerwone wino do obiadu


a tak prezentował się mój talerz!!!!!


zjadłam prawie wszystko :):):), a na koniec jeszcze deser!





Rozrywki tego wieczoru były wszelkie i było bardzo wesoło. Miło spędziliśmy czas.











Tak właśnie spędziliśmy nasz Dzień Dziękczynienia. W gronie przyjaciół, a nie półek sklepowych. Rywalizując w gry planszowe, a nie pomiędzy regałami.
Naprawdę jest tyle rzeczy, za które można być wdzięcznym! Może na przykład za to, że żyjemy w czasach cywilizowanych i radzimy sobie z chorobami, które w czasach Squanto były tak groźne. Byłoby dobrze, gdyby Polska również miała takie święto :).








Halloween is back!


Już piszę, piszę i nadrabiam zaległości! Zatem listopad i kolejne Halloween za nami. O korzeniach tego popularnego amerykańskiego wydarzenia pisałam rok temu. Zainteresowanych tym jak to było zapraszam do kliknięcia TUTAJ. 

Na potrzeby tego postu przygotowałam kilka ciekawostek oraz tegorocznych doświadczeń. Mam nadzieję, że okażą się godne uwagi.

Kiedy przychodzi czas Halloween, nie sposób tego nie zauważyć. Elementy dekoracyjne i różne symbole są wszechobecne. Wszystko zaczyna się od dyni. Można ją kupić w sklepie spożywczym, ale w mojej okolicy, z uwagi na bliskość okolicznych farm, popularne jest przywożenie swojej dynii właśnie od lokalnego rolnika. My podobnie jak w zeszłym roku pojechaliśmy po naszą dynię do Grim's Farm.


O Halloween pamiętają również lokalne władze, które co roku rozdają rodzicom ulotki ze wskazówkami pod tytułem: "Make Halloween a real treat with these safe hints for children and parents". Oto jakie porady udzielane są w zakresie wycinania dyni:

1/ Rodzice powinni zawsze nadzorować wycinanie wzorów na dyni, z uwagi na użycie ostrych przedmiotów.

2/ Jeśli to możliwe do rozświetlenia swojej dyni użyj latarki, zamiast świeczki, co zmniejszy ryzyko pożaru.

3/ Jeśli używasz świecy do rozświetlenia swojej dynii, nie umieszczaj swojego Jack O'Lantern na podłodze i w okolicach drzwi wejściowych, gdzie istnieje możliwość otarcia kostiumu o płomień.

4/ Trzymaj dynię z dala od zasłon.

5/ Zanim wyjdziesz z domu lub położysz się do łóżka, upewnij się, że świeca w twojej dynii jest zgaszona.

Oto nasza tegoroczna dynia, której w zasadzie jedynym autorem jestem ja. Po jej wycięciu moja prawa ręka była zdrętwiała przez dobre 5 minut. Pewnie dlatego, że robiłam to drugi raz w swoim życiu i dodatkowo postawiłam sobie za cel bardziej ambitny wzór. Kiedy pokazałam swoje dzieło moim chłopakom okazało się jednak, że widzą zupełnie coś innego niż ja:) Ciekawe czego wy się doszukacie!



Co wyczytamy w części poradnika dotyczącej kostiumów halloweenowych?

1/ Upewnij się, że wybierasz kostium z materiału, który nie jest łatwopalny.

2/ Kolor twojego kostiumu powinien być wyrazisty i widoczny zwłaszcza wieczorem. Jeśli jesteś ubrany w ciemne kolory, zabierz ze sobą elementy odblaskowe. Koniecznie miej przy sobie latarkę, nigdy świeczkę.

3/ Staraj się, by Twoje przebranie nie było workowate i za długie. Dzięki temu unikniesz niebezpiecznych potknięć, zwłaszcza wieczorem.

4/ Jeśli możesz zamiast maski wybierz makijaż. Będzie ci wygodniej i będziesz widział więcej. Jeśli jednak maska jest nieodłącznym elementem twojego kostiumu, upewnij się, że ubierając ją możesz swobodnie oddychać i widzieć wszystko co cię otacza.

Miki w tym roku był batmanem, a jego kostium był śliski, czarny i prawie niewidoczny nocą! Kupiliśmy mu jednak w sklepie dolarowym glowing sticks, czyli neonowe świecące pałeczki, które można powiesić na szyi. Okazji do włożenia swojego przebrania Miki miał wiele. Od zajęć karate, przez szkolną paradę, na wieczornym przyjęciu skończywszy. Mój batman wyglądał tak:


Miasteczko, w którym mieszkamy jest częścią Upper Macungie Township, które każdego roku wyznacza dzień Halloween, w którym dozwolone jest chodzenie po ulicach, pukanie do drzwi sąsiadów i zbieranie cukierków. tegoroczne Halloween wypadło na piątek, 31 października. Wieczór był bardzo miły. Spędziliśmy go u mojej koleżanki Stephanie, która zwołała do swojego domu niezłą gromadkę. Spotkanie było z kategorii potluck party, czyli każdy przyniósł coś do jedzenia.
Poniżej moja koleżanka w najlepszym przebraniu tego wieczoru. Zdjęcie kiepskiej jakości, ale nie mogłam sobie odmówić!


A tutaj kolaż zdjęć z halloweenowej imprezki. Dużo dobrego jedzenia i świetnej zabawy.




Sięgając ponownie do halloweenowego poradnika dla rodziców, znalazłam informacje dotyczące zbierania słodyczy. 

1/ Małym dzieciom powinni zawsze towarzyszyć rodzice lub starsze rodzeństwo.

2/ Pukaj do drzwi osób, które znasz i tylko wtedy jeśli światła zewnętrzne są oświecone. Dzieci nie powinny wchodzić do dużych budynków i kompleksów mieszkaniowych. 

3/ Nigdy nie wchodź do obcych domów i samochodów.

4/ Staraj się zacząć swoje trick-or-treat w miarę wcześnie, kiedy jeszcze na dworze jest jasno, tak byś mógł wrócić do domu zanim zrobi się za ciemno.

5/ Wybierz dobrze oświetlone ulice i dodatkowo zabierz ze sobą latarkę.

6/ Poruszaj się po chodniku, a ulicę przekraczaj tylko w miejscach do tego przeznaczonych.

Zatem wyruszyliśmy o 18.00 na zbieranie cukierków i szukaliśmy domów z włączonym światłem na ganku. Nie umiem powiedzieć do drzwi ilu domów zapukaliśmy w czasie naszego halloweenowego spaceru, ale przejście sporej części dzielnicy Coldwater Crossing zajęło nam ponad dwie godziny. Efektem było wiaderko pełne słodyczy. 


Pierwszą rzeczą jaką dzieciaki zrobiły po powrocie do naszej halloweenowej bazy było rozsypanie swoich zdobyczy na dywanie i ... wymiana! Uśmiałam się słysząc na przykład "I will trade three snickers for one twix". Tak to było:


Ostatni raz zaglądam do poradnika i w dziale "Tasty treats and no tricks" czytam:

1/ Upewnij się, że dzieci nie jedzą swoich słodyczy do momentu powrotu do domu i sprawdzenia ich jakości przez kogoś dorosłego.

2/ Rodzice zawsze powinni sprawdzić zawartość wiaderek ze słodyczami. Wszelkie opakowania, które są naruszone i budzą jakąkolwiek wątpliwość powinny być natychmiast wyrzucone. Produkty robione metodą domową, również powinny znaleźć się w koszu, jeśli nie pochodzą od dobrze znanej i zaufanej osoby.

I UWAGA TUTAJ PUNKT, KTÓRY MNIE POWALIŁ:

3/ Niektóre szpitale oferują prześwietlenia słodyczy. Jeżeli masz taką możliwość, zrób to!

JUŻ WOLAŁABYM WYRZUCIĆ COŚ NIŻ ROBIĆ TEMU PRZEŚWIETLENIE!!!

4/ Przypomnij dzieciom, by rozsądnie rozporządzały swoimi zdobyczami i nie zjadły wszystkiego od razu. 

5/ Nowości cukiernicze i słodycze małej wielkości, które mogą powodować zakrztuszenie, najlepiej wyrzucić. 

To tyle z poradnika halloweenowego. Choć można znaleźć tam kilka pożytecznych informacji, to jednak mam wrażenie, że był pisany na kolanie przez jakiegoś znudzonego urzędnika. Niektóre opisane tam rzeczy są tak oczywiste, że każdy rozsądny człowiek nie musi tracić czasu na ich lekturę. 

W tym halloweenowym poście chciałabym również wspomnieć o fenomenie candy corn. Słyszeliście kiedyś o tych cukierkach?!? Wyglądają tak:


Candy corn najbardziej popularny jest w czasie Halloween oczywiście w USA, ale także w Kanadzie i ... uwaga w Finlandii. Trzy kolory tego cukierka żółty, pomarańczowy i biały, mają odzwierciedlać ziarna kukurydzy na różnych etapach dojrzewania.

W 1880 r. cukiernik George Renninger, pracujący dla The Wunderlee Candy Company, wymyślił jedyny w swoim rodzaju cukierek o kształcie ziarna kukurydzy, który natychmiast stał się hitem. Na przełomie wieków produkcję na skalę masową rozpoczęła firma The Goelitz Confectionery Company. W 2001 r. firma zmieniła nazwę na Jelly Belly Candy Company. 

Początki historii sprzedaży candy corn prowadzą do rodziny o nazwisku Goelitz. Dwóch młodych braci, emigrantów z Niemiec postanowiło produkować cukierki w Ameryce pod swoim nazwiskiem. W dwa lata po przybyciu do USA Gustav Goelitz kupił sklep-wytwórnię lodów i cukierków w Belleville, a jego brat Albert sprzedawał wyprodukowane słodycze w najbliższej okolicy przemieszczając się konnym wozem.


W 1960r do rodzinnego interesu produkcji słodyczy przystąpił młody Herman Goelitz Rowland, jako już czwarte pokolenie w rodzinie zajmującej się produkcją słodyczy. To był trudny czas dla interesów rodzinnych, prowadzonych w Oakland w Kalifornii. Herman i jego rodzina nie zamierzali jednak zamykać interesu rodzinnego, przeciwnie postanowili rozwinąć go poprzez rozpoczęcie produkcji holenderskich miętusów czekoladowych, pierwszych żelkowych gumisiów i innych żelków. Wielkie, standardowe i miniaturowe żelki fasolki opuszczały ich fabrykę. 
W 1967r niektóre z żelkowych fasolek zwróciły uwagę gubernatora Kalifornii Ronalda Reagan’a. Przez dwie kadencje gubernator spożywał żelki-fasolki wyprodukowane przez Hermana i w końcu napisał słynny list mówiący, że… „nie możemy rozpocząć spotkania lub podjąć decyzji bez poczęstowania wszystkich jelly beans”…. ( kopię tego listu można obejrzeć w centrum recepcyjnym firmy Jelly Belly)
Dzisiejsze candy corn jest bardzo podobne do tego produkowanego pod koniec XIX w., choć oczywiście proces tworzenia jest inny. Dawno temu, cukiernicy mieszali cukier, wodę i syrop kukurydziny w wielkich garnkach, a potem dodawali krem i piankę marshmellow. Po gotowaniu całej mikstury przez pożądany czas, wlewali ją do formy, jeden kolor przy jednym wlewie. Najpierw tworzony był kolor żółty, potem pomarańczowy a na końcu biały. Cukierki po stwardnieniu były pakowane i wysyłane do sprzedaży. Z uwagi na to, że czas produkcji był niezmiernie długi, candy corn były sprzedawane tylko od marca do listopada. Obecnie dzięki mechanizacji, proces produkcji jest znacznie szybszy, a candy corn dostępne są w wielu smakach. 

Amerykańskie Krajowe Stowarzyszenie Cukierników szacuje, że rocznie sprzedawanych jest ponad 10 tysięcy ton candy corn, a to ponad 9 miliardów indywidualnych ziarenek!!!



Przy okazji wątku o słodyczach chciałabym jeszcze wspomnieć o bezpieczeństwie alergicznym. Po pierwsze wiadomo nie od dziś, że większość popularnych batoników zawiera choćby śladowe ilości orzeszków ziemnych i innych silnych alergenów. By uniknąć nieprzyjemnych sytuacji, a jednocześnie świadomie wziąć udział w Halloween, właściciele domów otwierających swoje drzwi dla przebierańców przygotowują oddzielne misy ze słodyczami i podpisują je np. "peanut free". Innym bardzo ciekawym i stosunkowo młodym pomysłem jest THE TEAL PUMPKIN PROJECT. Autorem projektu jest Food Allergy Research and Education, stowarzyszenie zachęcające wszystkich bawiących się w Halloween do rozpoczęcia nowej tradycji, która pomoże dzieciom cierpiącym na niebezpieczne alergie pokarmowe, bawić się bez lęku. Osoby przystępujące do tej akcji malują swoje dynie wystawiane na zewnątrz na turkusowo, a w ramach trick-or-treat rozdają niejadalne drobiazgi. 



Pomysłów na niejadalne upominki jest wiele. Poniżej na zdjęciu kilka z nich.


Jeśli chcecie poczytać coś więcej na temat tego projektu podaję link do strony. Uważam, że to bardzo dobra kampania społeczna. Jako alergik dobrze wiem co to znaczy jeść coś nie wiedząc do końca czy mnie to uczuli czy nie. Skoro Halloween samo w sobie dotarło już do Polski, jestem ciekawa czy Teal Pumpkin Project również u nas zagości.

Tyle w temacie Halloween. Już po Święcie Dziękczynienia, a zatem siadam do kolejnej notki!!! Mam nadzieję, że pójdzie mi szybciej niż ostatnio :).