Monday, January 25, 2016

Wigilia - Święta Bożego Narodzenia w Toronto



Święta to dla mnie bardzo szczególny czas, powiedziałabym, że trudny, ponieważ wtedy bardziej niż zazwyczaj tęsknię za moją rodziną i przyjaciółmi z Polski. Jestem ogromnie wdzięczna, że te Święta Bożego Narodzenia udało nam się spędzić przy polskim stole wśród polskich przyjaciół. Co prawda nie na polskiej ziemi tylko kanadyjskiej, ale atmosfera była niepowtarzalna, ciepła i domowa.

Nasi wspaniali przyjaciele z Toronto zaprosili nas do siebie, by wspólnie celebrować świąteczny czas. Bardzo chcieliśmy jechać, ale obawialiśmy się o pogodę jaka będzie nam towarzyszyć. Jak wszyscy już wiemy, aura tej zimy jest wyjątkowo kapryśna. Spakowaliśmy jednak walizki i pojechaliśmy spędzić świąteczny tydzień w pięknym Toronto. Mieliśmy do pokonania prawie 700 km. Podróż zabrała nam 7,5 h. Jechało się całkiem dobrze i nie odczuwało dystansu.

Nie była to moja pierwsza wizyta w Toronto, ale wcześniej wpadaliśmy do tego miasta tylko na kilka godzin przy okazji pobytu nad wodospadami w Niagarze.

Toronto to największe miasto w Kanadzie i stolica prowincji Ontario (kanadyjska prowincja to odpowiednik amerykańskiego stanu). Populacja Toronto i jego miejskiej aglomeracji przekroczyła  6 mln. Miasto uznawane jest za najbardziej wieloetniczne miejsce na świecie, zamieszkane przez ponad 150 grup etnicznych. W 2001 r. Toronto otrzymało nadany przez ONZ tytuł World's Most Multicultural City. 

Językiem ojczystym jest angielski, aczkolwiek posługuje się nim tylko nieco ponad 50% mieszkańców Toronto. Ponad 50% obecnych rezydentów miasta to emigranci. 
Toronto jest aktualnie największym skupiskiem Polonii w Kanadzie. Jest tu najwięcej organizacji polskich, szkół i parafii katolickich. Są tu biblioteki i księgarnie polskie, zespoły folklorystyczne, teatr, orkiestra symfoniczna, sklepy i restauracje oraz tysiące biznesów których właścicielami są Polacy. W Toronto i w przylegającej Mississauga organizuje się najwięcej polskich imprez kulturalnych.

Nazwa Toronto pochodzi z języka Indian plemienia Huron. Jedno z prawdopodobnych znaczeń to "miejsce spotkań". Przez teren przyszłego miasta prowadził indiański szlak między jeziorami Ontario i Huron. Pierwszym Europejczykiem, który przeszedł tym szlakiem w 1615 r. był Etienne Brule. Poniżej bardzo ciekawe zdjęcie, które znalazłam w internecie.

indianski szlak, którym przeszedł Etienne Brule

Przez kilka dziesięcioleci od podboju Kanady przez Brytyjczyków, w 1760 r. okolice Toronto były nadal zamieszkiwane tylko przez Indian i nielicznych europejskich handlarzy. Dopiero po rewolucji amerykańskiej na północ zaczęli napływać Amerykanie uchodzący ze Stanów Zjednoczonych, a chcący pozostać poddanymi korony brytyjskiej. Ich napływ do Kanady doprowadził do założenia prowincji Górna Kanada w 1791 r. Niedługo później brytyjski gubernator prowincji John Simcoe postanowił stworzyć w Toronto stolicę prowincji. 

W czasie wojny brytyjsko-amerykańskiej, w 1813 r., miasto było dwukrotnie splądrowane przez wojska amerykańskie. Po wojnie duży napływ brytyjskich imigrantów do Górnej Kanady spowodował gwałtowny wzrost ludności prowincji i jej stolicy. W 1834 miasto, liczące wtedy 9000 mieszkańców, otrzymało prawa miejskie pod nazwą Toronto. Pierwszym burmistrzem został William Lyon Mackenzie. W 1827 r. rozpoczął działalność King’s College, który w 1850 został przekształcony w Uniwersytet Toronto.



Od tego czasu miasto notowało nieustanny wzrost. Port w Toronto przyjmował wiele parostatków. Budowa linii kolejowych dała miastu połączenie z Montrealem, Nowym Jorkiem, Detroit i Chicago. Miasto stawało się finansowym i handlowym centrum prowincji, którym jest nieprzerwanie do dzisiaj.

W 1867 r., po założeniu Konfederacji Kanady, Toronto stało się stolicą nowej prowincji Ontario. Miasto mające 30 tys. mieszkańców w 1851, do 1891 rozrosło się pięciokrotnie. Budowa zakładów przemysłowych prowadziła do rosnącej industrializacji miasta. Na początku XX wieku budowa elektrowni wodnych w Niagara Falls dała miastu dogodne i tanie źródło elektryczności. W 1914 r. Toronto było, po Montrealu, drugim pod względem znaczenia miastem Kanady.
We wczesnych latach 20. XX wieku miasto pojawiło się na światowej scenie naukowej, gdy Frederick Banting, Charles Best, James Collip i John Macleod pracujący na Uniwersytecie Toronto odkryli insulinę. We współpracy z firmą farmaceutyczną Lily opracowali metodę masowej produkcji leku i udostępnili ją milionom ludzi chorujących na cukrzycę, dotychczas skazanych na powolną śmierć. Za odkrycie Banting i Macleod w 1923 r. otrzymali nagrodę Nobla z zakresu medycyny.

Lata II wojny światowej przyniosły rozrost przemysłu elektronicznego i lotniczego. W latach 60. Toronto powoli przejęło od Montrealu rolę centrum finansowego i komercyjnego Kanady. Rozwój ekonomiczny miasta Toronto był związany z ukończeniem w 1959 r. Drogi Wodnej Świętego Wawrzyńca łączącej Toronto i Wielkie Jeziora z Oceanem Atlantyckim. 

droga wodna rzeką św. Wawrzyńca
W 1998 r. kolejna reforma połączyła miasto Toronto z pięcioma przedmieściami: East York, Etobicoke, North York, Scarborough i York. Wszystkie te części zostały połączone w tak zwane megacity.
Dziś Toronto jest najważniejszym kanadyjskim miastem, najważniejszą metropolią kraju i jego ekonomiczną stolicą.



Celem naszej podróży była dzielnica Swansee, przy największym parku w Toronto, nad jeziorem Ontario, tuż przed wjazdem do ścisłego centrum. Doskonała lokalizacja pod kątem bliskości miejsc, infrastruktury i pięknych widoków.

Po szybko przespanej nocy już pierwszego dnia wybraliśmy się na spacer po okolicy. Mimo niskich temperatur, słońce przyjemnie ogrzewało nam twarze, a otaczające nas pejzaże warte były każdego pokonanego kroku. Bardzo podobała mi się zróżnicowana architektura budowlana. Nasi przyjaciele mieszkają w apartamentowcu, o czym napiszę więcej trochę później, ale tuż za zakrętem można znaleźć urocze osiedle domów prywatnych. Każdy dom był inny i miał swój wyjątkowy charakter.


apartamentowiec z dwupoziomowymi mieszaniami, kilka kroków od jeziora
urocza eklektyczna okolica z domami jednorodzinnymi
Moją uwagę przykuły małe budki pełniące rolę darmowej biblioteki. Okazało się, że na świecie w chwili obecnej jest ponad 36 000 podobnych konstrukcji, a cały ruch z tym związany nazywa się Little Free Library. Kilka minut w internecie i wiedziałam już więcej. 
W 2009 r.Todd Bol z miasta Hudson w stanie Wisconsin, zbudował model jednopokojowej szkoły. Miał to być hołd dla jego matki, która była nauczycielką i pasjonatką czytania. Bol wypełnił swój model w kształcie budki książkami i zawiesił go na słupku przed swoim domem. Pomysł bardzo spodobał się jego sąsiadom i przyjaciołom, wiec Bol zbudował kilka kolejnych budek i obdarował nimi swoich znajomych. Każdy z drewnianych domków był opatrzony znakiem FREE BOOKS czyli darmowe książki. Z niewinnego projektu narodził się pomysł wymiany książkami i przybliżania ludzi do siebie poprzez literaturę. 


Amiszowy stolarz Henry Miller z Cashton, stał się pierwszym oficjalnym rzemieślnikiem małych darmowych bibliotek. Do tworzenia budek wykorzystywał drewno ze stu letniej stodoły, zniszczonej w czasie tornada.


Rozdawanie małych drewnianych budek zaczęło budzić ciekawość i tak od słowa do słowa, z ust do ust, powstała niezależna organizacja non-profit, której misja pozostała niezmienna. Jeśli chcecie poczytać coś więcej na temat tego ruchu, podaję stronę: www.littlefreelibrary.org. Można na niej znaleźć mapkę lokalizującą biblioteczkę najbliżej swojego miejsca zamieszkanie. Ja sprawdziłam swoją i okazało się, że jedna z budek znajduje się kilometr ode mnie! Na pewno się tam wybiorę. Jeśli chcecie sprawdzić czy jakaś mini biblioteczka znajduje się blisko was kliknijcie TUTAJ.

Minęliśmy okolice domów jednorodzinnych i ukrytymi wśród liści schodami ruszyliśmy w stronę, gdzie ceny domów przekraczają milion dolarów.


ukryte schody
 Kolejną ciekawostką były budki dla nietoperzy. Ciekawa jestem czy tam przylatują. :)


bat cave
Ulica, po której spacerowaliśmy to Riverside Drive. Wybudowane tam domy są bardzo duże.





Właśnie w tej okolicy od 1935 r. aż do swojej śmierci, mieszkała Lucy Maud Montgomery, autorka serii książek o Ani z Zielonego Wzgórza. Poniżej tablica upamiętniająca pisarkę, postawiona w małym parku jej imienia, nieopodal jej domu.


Ulica Riverside Drive to doskonałe miejsce na spacer. Każdy dom jest inny. Osiedle zostało wybudowane w latach 1905 - 1935. 


Słońce nas mocno ogrzewało. Pogoda wręcz idealna na wędrówkę po okolicy.



Idąc Riverside Drive doszliśmy do rzeki Humber. Kiedyś pracowało tu kilka młynów wodnych, które schodziły kaskadami w dół. Mogę sobie tylko wyobrazić jakie piękne widoki mają na wiosnę domy z tarasami skierowanymi w stronę rzeki. Rzeka Humber jest równie malownicza, jak jej sąsiadka, płynąca przez miasto szeroką doliną. Ta druga, większa od Humber, nazywa się Don. Myślę, że zdjęcia mówią same za siebie :).






Spacerując brzegiem rzeki Humber doszliśmy do znanego punktu na mapie turystycznej Toronto, białego mostku nad jeziorem.




Most został ukończony w połowie lat 90. i jest częścią trasy Martina Goodmana. Most ma 139 m długości i 21 m wysokości w najwyższym punkcie. Jak widać na poniższym zdjęciu, zwyczaj zakładania kłódek na znak miłości przyjął się i tutaj.



widok z mostu na rzekę Humber


Most prowadzi do punktu widokowego Sheldon, z którego rozciąga się przepiękna panorama centrum Toronto.


panorama centrum z wieżą CN
płyta informacyjna w punkcie widokowym
Widok na most z oddali. Według mnie bardzo ciekawe miejsce. Zdecydowanie warto odwiedzenia.



WIAŁO :)


Droga powrotna prowadziła wzdłuż jeziora. Zdjęcie poniżej przedstawia apartamentowce wybudowane stosunkowo niedawno, bliżej jeziora. 


plaża nad jeziorem
i znowu panorama Downtown Toronto

Klikając TUTAJ, możecie zobaczyć mapkę z trasą naszego spaceru. Gorąco polecam ją każdemu kto znajdzie się w tamtejszej okolicy, bez względu na porę roku!

Nie zapominając jednak o tym, że była Wigilia Bożego Narodzenia, pośpieszyliśmy do domu, by zacząć przygotowania do wieczornej kolacji. Choinka już była wcześniej ubrana. W całym domu pięknie pachniało świeżymi gałązkami, a pod drzewem czekały prezenty. 



Nasz stół wigilijny ledwo pomieścił te wszystkie smakołyki, które przygotowała gospodyni. Jakże brakowało mi tego polskiego smaku. Była chałka, grzybowa, barszcz czerwony z uszkami, trzy rodzaje pierogów, ziemniaki, ryba, dwa rodzaje przepysznych śledzi oraz mój prywatny absolutny hit wieczoru - kapusta z grochem. Zwieńczeniem wieczoru był sernik w polewie truskawkowej z kawałkami owoców. Mniam! Jeśli gospodyni to czyta to jeszcze raz bardzo dziękuję za tę ucztę dla podniebienia!


Chyba smakowało :)


W końcu dzieciaki dostały zielone światło na rozpakowanie prezentów.


Potem już tylko wigilijny relaks i cieszenie się perspektywą kolejnych ekscytujących dni.


:)

Wpis o Świętach Bożego Narodzenia muszę podzielić na części, ponieważ zrobiłby się z tego tasiemiec. W następnych postach opowiem wam jak spędziliśmy 25 i 26 grudnia, a także co robiliśmy i widzieliśmy w kolejnych dniach naszego pobytu w Toronto. :)








0 comments:

Post a Comment

Porozmawiajmy!