Monday, February 29, 2016

Lutowe kadry


Prosicie mnie w swoich komentarzach i emailach, bym stworzyła cykliczny post z najciekawszymi zdjęciami podsumowującymi wydarzenia danego miesiąca. Zatem oto jest pierwszy wpis z tej serii. Poniżej przedstawiam kilka zdjęć z lutego. Mam nadzieję, że się wam spodobają. :)))

Na początek zdjęcie z salonu fryzjerskiego ReVive, który lubię odwiedzać, ponieważ większość zabiegów odbywa się przy wygodnym stole, na którym serwowane są kawa, herbata, woda, soki i lekkie przekąski, a wszystko w cenie usługi. Podczas, gdy  fryzjerka nakłada farbę na włosy, można czytać książkę lub magazyn. W czasie mycia włosów i masażu głowy, panie czyszczą moją biżuterię i nakładają na dłonie ciepłą parafinę. Jedynie obcinanie i modelowanie odbywa się przy tradycyjnym lustrze. Dla klientów dostępne jest wi-fi.



Tłusty czwartek z pączkami z piekarni Egypt Star Bakery. Co prawda nie mają moich ulubionych z różą, ale te też były całkiem niezłe: pudrowane, z dżemem truskawkowym i z kremem śmietankowym. Zdarza nam się kupić czasem pączki z Dunkin Donuts, ale te są o wiele lepsze i bardziej przypominają mi nasze polskie :).



Teraz kilka zdjęć z Polskiego Balu Walentynkowego, który odbył się przy polskim kościele. Wybraliśmy się na niego z kilkoma innymi polskimi parami. Dochody ze sprzedaży biletów na tę imprezę wsparły działalność Polskiej Szkoły w Allentown. Samo wydarzenie zgromadziło sporo osób, było swojsko ;).


Jedzenie zostało przygotowane przez rodziców dzieci uczęszczających do polskiej szkoły. Wszystko było przepyszne. Jak widzicie zawartość mojego talerza była konkretna :)). Mój Mikołaj nie chodzi do polskiej szkoły, ponieważ w domu mówimy po polsku i nie ma problemu  z pisaniem i czytaniem w ojczystym języku. 






Pomimo moich starań w lutym ciężko było unikać cukru. Najpierw tłusty czwartek, potem Walentynki. Okazuje się, że w mojej pracy mamy wybitnych cukierników.





W lutym też Miki szalał na lodowisku z kolegą. Jeździliśmy na lodowisko kryte Steel Ice Center w Bethlehem.



Poniżej kilka zdjęć z małego przyjęcia walentynkowego u naszych sąsiadów. Ta deska serowa została zrobiona ze starych drzwiczek od mebli. Kamienie, na których wypisano nazwy serów, pochodzą znad jeziora w górach Poconos. Bardzo pomysłowo, nieprawdaż ?!?


 Było też moje ulubione sushi :)


A oto gospodarze imprezy. Bardzo fajne małżeństwo.


Pozostając jeszcze w temacie Dnia Zakochanych, przedstawiam moje pierwsze w życiu ciasto czekoladowe z kokosem. Nie chwaląc się, było naprawdę przepyszne.



Od 12 do 14 lutego w Toronto trwała znana na całym świecie impreza koszykarska All Star NBA. Oglądaliśmy jak Kobe Bryant po 20 latach przygód w najlepszej lidze świata, zakończył swoją karierę.


Takie dzieło dostałam od swojego synka, kiedy kiepsko się czułam kilka dni temu. :***



W polskim sklepie odkryłam gorzką czekoladę z Wedla z 90% kakao. Czy można taką czekoladę kupić również w Polsce? Jeśli wiecie, napiszcie proszę!


I jeszcze na koniec krótki tekst, który ujął mnie ogromnie swoją prostotą.


Mam nadzieję, że pierwsze lutowe kadry wam się spodobały, a ja już biegnę skrobać post z pooskarowymi komentarzami!


Sunday, February 28, 2016

O tym jak salon SPA może "zaleźć za pazury"!!!


Dzisiejszy post też będzie o Ameryce :). Do czytania zapraszam jednak tylko osoby o mocnych nerwach. Podzielę się bowiem z wami moimi wątpliwie przyjemnymi doświadczeniami z wizyty w "salonie" spa na zabiegu manicure i pedicure....

W otaczającej mnie nazwijmy to babskiej rzeczywistości panuje zwyczaj wręczania sobie kart podarunkowych, zamiast prezentów urodzinowych. W listopadzie, kiedy to świętowałam kolejną osiemnastkę ;), dostałam między innymi voucher na wizytę w salonie kosmetycznym. Wybranie do niego zabrało mi trochę czasu, ale w końcu przyciśnięta terminem ważności, zarezerwowałam sobie wizytę. 

Zachęcająca strona internetowa salonu i oferta różnorodnych zabiegów, była dla mnie wystarczającym argumentem, by sprawdzić to miejsce. Musiałam co prawda spędzić 20 minut w samochodzie, by tam dotrzeć, ale nadal byłam pełna entuzjazmu, który nawet wzrósł, kiedy wjechałam na parking przy pięknym kamiennym domu.

Mina mi zrzedła, kiedy weszłam do środka... Wyobraźcie sobie moje zaskoczenie, kiedy rzeczywiste wnętrza okazały się mieć nie wiele wspólnego z tymi pokazywanymi na stronie internetowej. "Salon" był mieszaniną mydła i powidła. Pomyślałam sobie jednak wtedy "don't judge the book by its cover", wyciągnęłam z torebki magazyn i usiadłam w oczekiwaniu na pojawienie się recepcjonistki.

Bardzo szybko okazało się, że recepcjonistka jest również fryzjerką, kosmetyczką i właścicielką. Prowadzi salon sama. Pani przyjęła mnie punktualnie, zapraszając do części, w której wykonywany jest pedicure. Nie podejrzewając niczego podążyłam za panią, a z każdym krokiem mój uśmiech się zmniejszał. Zostałam posadzona na specjalnym fotelu do masażu, do którego dołączony jest mini zlew na stopy. Siedzenie wibrowało, bąbelki pachniały, więc ściągnęłam obuwie, wsunęłam stopy do wody i wtedy tak naprawdę zaczęłam się rozglądać. Przerażenie rosło, a ucieczka na boso raczej nie była dobrym pomysłem. Wszędzie, gdzie zatrzymałam swój wzrok była warstwa kurzu i nie mówię tu o takim jednodniowym, ale o naprawdę bardzo starym kurzu. Na oknach dekoracje ze świąt Bożego Narodzenia, na podłodze porozrzucane lakiery do paznokci i jakieś papiery. Pani wyciągnęła z podgrzewacza stary, poszarpany i przebarwiony ręcznik. Przez chwilkę pomyślałam, że może się zreflektowała i szybko przetrze podłogę, ale ona o zgrozo poprosiła o moją stopę! Ręcznik był ciepły i mokry, ale nie mam gwarancji czy czysty. Być może wrzuciła go po poprzedniej klientce z powrotem do podgrzania... 

Zatem jesteśmy przy pierwszej stopie i o(!) kolejne zaskoczenie, pani nie używa rękawiczek jednorazowych. Spytana wyjaśniła, że ograniczają jej pracę rąk. Nałożyła na łydkę peeling, spłukała i wmasowała balsam. Następnie wyciągnęła z szufladki pilnik papierowy (wolę nie myśleć ilu razowy) i nadała kształt moim paznokciom. Potem przyszedł czas na nałożenie bazy, koloru i nabłyszczacza na paznokcie. Moje skórki i pięty jakby w ogóle nie istniały, albo pani uznała, że są w tak świetnej kondycji, że szkoda tracić na nie czas. Dokładnie te same czynności zadziały się w przypadku mojej drugiej stopy. Wszystko trwało stosunkowo krótko. A potem.... Kolejny raz w moich uszach zagrała muzyka z "Psychozy", bowiem pani zapytała, czy mam swoje klapki! Odpowiedziałam, że w zimie preferuję jednak cieplejsze obuwie, a salony, w których zazwyczaj wykonuje pedicure, dają klientkom po zabiegu  jednorazowe klapki. Pani powiedziała, że ona nie daje, więc będę musiała przejść na boso do drugiego pokoju, w którym robi manicure. Tak więc ucięłam sobie "bosy" spacer po brudnej  i zimnej podłodze, lądując w innym zaniedbanym pomieszczeniu. Dobrze, że nie miałam posmarowanych kremem stóp, bo szansa, że coś mi się do nich przylepi znacznie by wzrosła.

Dajecie radę jeszcze? Drugie pomieszczenie było zarazem salonem fryzjerskim, jaki i bawialnią dla dzieci, a na jego środku stał stolik do manicure. Rozejrzałam się dookoła i muzyczka z "Psychozy" znów zagrała. Po mojej lewej stronie dwa wielkie lustra z krzesłami. Po prawej stronie jakiś dziwny zestaw zabawek dla dziewczynek, tak niemiłosiernie brudny, że aż mnie na krześle otrzepało. Czy ktokolwiek pozwala swojemu dziecku bawić się tym czymś?  Ciekawostką były dla mnie obrazy, zawieszone na każdej wolnej przestrzeni. Obrazy o tematyce różnej, a pod każdym z nich widniało nazwisko autora i cena. Czyżbym była jednocześnie w galerii malarskiej? I to chyba takiej z wyższej półki, ponieważ nie znalazłam dzieła za mniej niż $2000! Co to za miejsce?!? 

Wróćmy jednak do mojego głównego przeżycia. Siedzę sobie zatem z moimi bosymi stopami przy stole, pozwalając paznokciom u nóg wyschnąć.  W między czasie pani rozpoczęła zabieg manicure. Najpierw wymoczyłam dłonie w "czymś", zakładam, że w wodzie z delikatnym mydłem. Następnie przy użyciu drewnianego patyczka, o nieznanej mi żywotności, pani odsunęła moje skórki i obcięła je cążkami. Co prawda nie zwróciłam uwagi na pochodzenie narzędzia, ale chwilę później wylądowało w brudnej szklance z niebieskim płynem obok innych akcesoriów ze stali nierdzewnej. Jak mniemam był to proces sterylizacji w tymże "salonie". Potem pani zaaplikowała bezwonny krem z avonu na moje dłonie, po czym odtłuściła płytki paznokci acetonem. Kolejne etapy to nakładanie bazy, lakieru i nabłyszczacza. Przecierałam oczy ze zdumienia, kiedy pani nadmiar lakieru na moich paznokciach usuwała swoimi, które potem wycierała w jakąś dziwną poduszeczkę, którą miała pod ręką. Podczas tej procedury miałam również okazję przyjrzeć się bliżej autorce mojego mani-pedi. Mówią, że właściciel powinien być wizytówką swojej firmy. Jeżeli rzeczywiście tak jest, nie dziwi mnie już jakość, z jaką przyszło mi się zmierzyć. Nie zrozumcie mnie źle, nie życzę źle tej pani, ale skoro pobiera nie małe opłaty za oferowane usługi, powinna zapewnić ich jakość. Wracając do samej pani, miała na sobie jeansy i powyciągany zielony sweter, przetłuszczone żółte włosy z pięciocentymetrowymi odrostami spięte w luźny koczek. Zero makijażu, natomiast na paznokciach o kształcie łopaty do odśnieżania, widoczne były resztki złotego lakieru, niewykluczone, że jeszcze sylwestrowego...

Pewnie wielu z was się zastanawia dlaczego nie wyszłam tuż po pierwszym wrażeniu. Otóż, historia tak prosta, że aż głupia. Pierwszy raz miałam ochotę się wycofać, kiedy moja jedna noga była już malowana, a druga czekała w wodzie. Choćbym nie wiem jak chciała uciec, nie dałabym rady. Z kolei po zakończonym pedicure mogłabym na boso po śniegu brnąć przez parking do auta, albo zniszczyć sobie skórzane buty wkładając do nich stopy ze świeżo pomalowanymi paznokciami. Nie pozostało mi więc innego jak poczekać... Mogłam też po zabiegu pedi podzielić się z panią swoimi spostrzeżeniami, ale byłyśmy same w salonie, a ja jednak nie wiedziałam z kim mam do czynienia :) Nie wiedziałam też czy jakość tego salonu to norma dla takich małych amerykańskich miasteczek. Wybrałam opcję na przeczekanie. Spędziłam w  tym miejscu 90 minut, a pani miała jeszcze w tym dniu trzy inne klientki!

Korzystałam z lakierów OPI, a pani mnie zapewniła, że ich żywotność to minimum tydzień. Zachwaliła również swój nabłyszczacz, dzięki któremu lakier schnie błyskawicznie. Niestety po powrocie do domu, jak tylko zdjęłam buty lakieru na paznokciach już nie było. Wisienką na torcie był poranek następnego dnia, kiedy odkryłam na paznokciach u rąk poodbijaną kołdrę. 

Teraz już wiecie skąd wziął się tytuł dzisiejszego postu :). Teraz się uśmiecham, choć tydzień temu wcale do śmiechu mi nie było. Byłam oburzona, zniesmaczona i zbulwersowana. Panie z sanepidu miałyby  w tym salonie mnóstwo pracy! Powiem wam jeszcze dla kontrastu, że w zeszłym roku w czasie pobytu w Polsce odwiedziłam salon pani Hani w Bieruniu przy ulicy Rubinowej. Salon czysty, pięknie urządzony, z nowoczesnym sprzętem światowej klasy. Pani Hania zna się na bieżących trendach, jeździ na szkolenia i zna się na rzeczy. Wizytę w swoim salonie zaczyna od zbadania skóry głowy i dostosowania zabiegu do kondycji włosów. Na pewno zajrzę do nie również w te wakacje.

Wracając do mojego feralnego doświadczenia spa, mam szczerą nadzieję, że nie poniosę żadnych zdrowotnych  konsekwencji i szybko zapomnę. Lepiej mi wychodzi domowe spa paznokci, a przy okazji w kieszeni zostaje $80! Mam nadzieję, że nikomu z czytających nie przytrafiło się takie mało przyjemne doświadczenie. Pozdrowienia!

Monday, February 15, 2016

Presidents' Day - co to za święto?


Dzisiaj nie idziemy do pracy i szkoły. Powinnam uściślić, instytucje i firmy państwowe mają wolne. Ameryka świętuje urodziny prezydentów.

Historia Dnia Prezydentów zaczyna się w 1800 r. Po śmierci prezydenta Jerzego Waszyngtona, data jego urodzin na stałe wpisała się w kalendarz jako dzień jego pamięci. W tamtym czasie Waszyngton był uważany za najważniejszą postać w amerykańskiej historii, a wydarzenia takie jak setna rocznica jego urodzin w 1832 r. czy początek budowy Washington Monument (ogromny plac pomnikowy w Waszyngtonie DC) były przyczynkiem do świętowania na skale krajową.

Jerzy Waszyngton
Urodziny Waszyngtona przez większość XIX wieku były celebrowane nieoficjalnie. Świętem narodowym stały się w latach siedemdziesiątych tegoż wieku. Senator Steven Wallace Dorsey z Arkansas był pierwszym, który zaproponował ustanowienie urodzin Waszyngtona świętem oficjalnym. W 1879 r. Prezydent Rutherford B. Hayes podpisał ustawę, która początkowo dotyczyła tylko Dystryktu Kolumbii, ale w 1885 r. objęła cały kraj. W tamtym czasie Urodziny Waszyngtona dołączyły do czterech obowiązujących świąt narodowych - Bożego Narodzenia, Nowego Roku, Dnia Niepodległości i Święta Dziękczynienia. Było to pierwsze święto, które celebrowało życie pojedynczego Amerykanina. W późniejszym czasie drugim takim takim świętem stał się Dzień Martina Luthera Kinga Juniora, na mocy aktu podpisanego w 1983 r.


Zmiana nazwy z Urodzin Waszyngtona na Dzień Prezydentów rozpoczęła się późnych latach sześćdziesiątych XXw., gdy Kongres zaproponował wprowadzenie Uniform Monday Holiday Act. Celem tej ustawy było przesunięcie kilku świąt państwowych z ich stałych dat na określone poniedziałki. Sugerowana zmiana była przez wielu widziana jako nowy sposób na stworzenie trzydniowych weekendów dla pracowników państwowych. Uważano, że stała data pewnych świąt ułatwi planowanie dni wolnych i zredukuje nadmierne nieobecności w pracy. Podczas, gdy przeciwnicy proponowanych zmian twierdzili, że ingerencja w daty odbierze poszczególnym świętom ich znaczenie, projekt ustawy był mocno wspierany przez sektor prywatny i związki zawodowe, jako murowany sposób na wzmocnienie sprzedaży detalicznej. Ustawa została podpisana w 1968 r. i weszła w życie w 1971 r., kiedy w fotelu prezydenckim zasiadał Richard Nixon. Na mocy tego aktu datę świętowania urodzin Waszyngtona przeniesiono z 22 lutego na trzeci poniedziałek lutego.


Poza urodzinami Waszyngtona ustawa określała daty poniższych świąt:
- Memorial Day (ostatni poniedziałek maja)
- Labor Day (pierwszy poniedziałek września)
- Columbus Day (drugi poniedziałek października)
- Veterans Day (czwarty poniedziałek października)

Zmiana daty świętowania urodzin Waszyngtona dała początek celebracji również urodzin Abrahama Lincolna, który urodził się 12 lutego. 

Abraham Lincoln
Nie trzeba było długo czekać, by pojawiła się kampania na rzecz ustanowienia Dnia "wielu" Prezydentów w zamian za świętowanie urodzin tylko jednego z nich. Zmiana nastąpiła na początku XXIw., kiedy ponad połowa stanów USA oficjalnie uznała Dzień Prezydentów za właściwy. Waszyngton i Lincoln nadal pozostają najbardziej rozpoznawalnymi liderami, ale obecnie główną ideą przyświecającą Dniu Prezydentów jest celebrowanie życia i osiągnięć wszystkich Amerykanów piastujących urząd prezydenta. 


Współcześnie Dzień Prezydentów wykorzystywany jest przez wiele patriotycznych i historycznych grup do odgrywania na scenie ważnych wydarzeń z życia amerykańskich liderów. W wielu stanach wymaga się od szkół publicznych, by w tym czasie ich program nauczania skupiał się na analizie życia prezydentów, ich osiągnięć i sukcesów dla dobra kraju. 

Powiem jednak szczerze, że obecnie Presidents' Day kojarzy się raczej w wyprzedażami, i okazjami sklepowymi. Jeszcze w latach osiemdziesiątych poprzedniego stulecia, większość biznesów była w ten dzień zamknięta. Kapitalizm jednak zwyciężył i dzisiaj trzeci poniedziałek lutego jest kojarzony z idealnym czasem na zakup na przykład samochodu w dobrej cenie. I choć szkoły są zamknięte to poczta działa tak jak w zwykły dzień, transport publiczny jeździ według normalnego rozkładu.


Dzień Prezydentów jest także hołdem na cześć generała, który stworzył pierwszą wojskową odznakę zasługi dla zwykłego żołnierza. Medal Purple Heart, na którym umieszczony jest wizerunek Waszyngtona, wręczany jest żołnierzom, rannym w bitwach. Tym samym Dzień Prezydentów dołączył do Memorial Day i Veterans Day, w czasie których honoruje się weteranów wojennych.


Obchody tego święta w miastach głównie skupiają się na zaprezentowaniu spuścizny liderów. W historycznym mieście Alexandria w stanie Virginia, w którym urodził się Waszyngton, celebracje trwają cały miesiąc, włącznie z najstarszą wciąż organizowaną paradą uliczną imienia Waszyngtona.



Zatem korzystając z dnia wolnego zgłębiłam swoją wiedzę i dzielę się nią z wami. :)