Sunday, April 3, 2016

Marzec w zdjęciach


Dzisiejsze niedzielne popołudnie postanowiłam przeznaczyć na podsumowanie marca. Poniżej przedstawiam wam efekty mojej wędrówki po zdjęciach z poprzedniego miesiąca.

Kulinarnie nie eksperymentowałam za bardzo, ale wyszły mi całkiem smaczne muszelki makaronowe faszerowane mięsem mielonym z ziołami i pomidorami.


Pewnego dnia Mikołaj przyniósł ze szkoły masę papierów i zadanie do wykonania. Projekt nazywał się "Bottle Buddy". Każdy w jego klasie miał wybrać sobie jakiegoś historycznego bohatera, napisać o nim krótki raport, a także przygotować jego model, którego podstawą była 2l. butelka. Wybór Mikołaja padł na Martina Luthera Kinga Jr. Jeśli mam być szczera, to bardziej był to projekt rodziców, niż dzieci. Do jego wykonania potrzebny nam był filc na ubrania, wąsy i usta. Nos i ręce wykonaliśmy z modeliny. Kula ze styropianu, którą pomalowaliśmy akwarelami na brązowo, posłużyła nam za głowę. Oczy i włosy kupiliśmy w sekcji dla lalek. Wszystkie potrzebne akcesoria znaleźliśmy w sklepie, do którego bardzo lubię chodzić Hobby Lobby (zrobię w nim kiedyś kilka zdjęć, byście zrozumieli dlaczego :) ). Poszczególne elementy łączyliśmy za pomocą gorącego kleju. Straciłam rachubę ile razy się poparzyłam w trakcie... Wyszło nam chyba całkiem nieźle.


W marcu udało nam się też wybrać w końcu całą trójką na narty. Pierwszy raz w życiu byliśmy wszyscy razem na stoku i było świetnie. Całkiem niezłą górkę z kilkoma ciekawymi trasami zjazdowymi mamy 13 minut drogi od naszego domu z zegarkiem w ręku! Miejsce, o którym mówię to Bear Creek Mountain Resort. Stoki są oświetlone, a wyciągi pracują do 22. każdego dnia. Narciarstwo nie jest tanim w sportem w Ameryce. Za bilet na cały sezon na tej jednej z mniejszych górek trzeba zapłacić $500 za osobę. Nie wiem jak w tej chwili wygląda to cenowo w Polsce, bo ostatni raz szusowałam po krajowych stokach jakieś 6 lat temu i kupowałam tylko bilety jednodniowe. Zakładam, że również nie jest tanio, ale ceny amerykańskie są dla mnie bardzo dużym zaskoczeniem.



Po kilkugodzinnej jeździe, wściekle głodni wylądowaliśmy w jedynym w okolicy miejscu, jeszcze otwartym o tak późnej porze. Zapewne słyszeliście o typowo amerykańskich "diners". Są to tanie restauracje, bez wyszukanego wystroju i potraw, serwujące domowe jedzenie. Często pojawiają się na filmach, gdzie kelnerki w różowych uniformach i białych fartuszkach serwują kawę za kawą prosto ze dzbanka.


Zziębnięte, ale szczęśliwe dziecko. :))


W jeden z marcowych weekendów udało nam się wpaść z szybką wizytą do NYC. Spotkaliśmy się tam ze znajomymi, którzy przylecieli z Polski na kilka dni do samego serca Wielkiego Jabłka. Miasto jak zwykle wzbudziło mnóstwo dobrej energii i pozostawiło dobrze mi już znany niedosyt.

Times Square




Główny celem tej wycieczki był Dolny Manhattan i Muzeum 9/11. O tej wizycie szykuję osobny post, ale muszę wam powiedzieć, że było to bardzo emocjonalne przeżycie. Mimo, że wydarzenia z września 2001 r. nie dotknęły mnie bezpośrednio, odwiedzając miejsce tej strasznej terrorystycznej tragedii i słuchając historii jej ofiar, nie mogłam powstrzymać łez.




W połowie miesiąc przydarzyła nam się taka temperatura, a dwa dni poźniej spadł śnieg... Anomalia pogodowe na dobre wpisały się już w krajobraz i naprawdę coraz trudniej dostosować garderobę do aury na zewnątrz. Niby w marcu jak w garncu, ale takiego ciepła, tak szybko się nie spodziewałam!


Podczas naszej wizyty kontrolnej u okulisty, a potem optyka, dopadła nas głupawka i przymierzaliśmy wszystkiego "dziwne" okulary, które znalazły się w naszym zasiegu. Do momentu, aż nakrył nas pan optyk :)).


W końcu wybraliśmy sportowe okulary!


 W polskim sklepie znalazłam bardzo dobry chleb, który co prawda nie był na zakwasie, tylko na drożdżach, ale smakował wybornie. Za jego zakupem przemawiała przyjemnie krótka lista składników: mąka razowa i pszenna, drożdże, sól, płatki owsiane, otręby żytnie, siemię lniane, sezam, słonecznik i kolendra. Koszt takiego dużego chleba to $5.


A oto miejsce, gdzie spędziliśmy zimowy sezon piłkarski. Pod tą białą kopułą znajdują się trzy boiska do gry. Rozwiązanie ciekawe, aczkolwiek kiedy słońce mocno przyświeciło, w środku było jak w ogromnej saunie. Natomiast w zimne dni chłód był nadmiernie odczuwalny. Dzieciom to nie przeszkadzało, ale dorosłym, którzy rozsiadali się na rozkładanych krzesełkach turystycznych i owszem. Dodam jeszcze, że podłożem do grania była sztuczna trawa, która jakimś cudem posiadała zdolności przemieszczania się :). Po meczach moja pralnia w domu była zasypywana zielonymi wiórkami!


17. marca Ameryka świętowała Dzień Świętego Patryka. Jak zwyczaj nakazał ubraliśmy się do szkoły i pracy na zielono :).


Moi chłopcy wybrali się w zeszłym miesiącu do Filadelfii na mecz koszykówki NBA. Byli trochę rozdarci komu kibicować, bowiem lokalna drużyna 76ers grała przeciwko Washington Wizard, w której gra nasz Marcin Gortat. M&M mieli bardzo dobre miejsca i świetny punkt do obserwacji gry.








Odkryciem tego miesiąca był orzeźwiający napój o smaku mango i cytryny. Pyyszny!


Przed Świętami Wielkiej Nocy firma M. zorganizowała doroczny Egg Hunt. Nie mogło nas tam zabraknąć. Więcej o tym typowo amerykańskim zwyczaju napisałam TUTAJ



A oto "zdobycze" Mikołajka :)


Próbując zrozumieć zasady amerykańskiego ubezpieczenia zdrowotnego wybrałam się na kontrolę do dentysty. W takim gabinecie to ja jeszcze nie byłam! Wszystkie dokumenty  dla nowego pacjenta wysyłane są drogą elektroniczną i uzupełnia się je jeszcze przed przyjściem do dentysty. Na miejscu przywitała mnie miła pani z recepcji o uśmiechu bielszym niż śnieg :). Najpierw zostałam oprowadzona po całej placówce, pokazano mi sprzęty, na których pracują oraz przedstawiono mi personel pomocniczy. Następnie pani wręczyła mi upominek powitalny. W torbie była świeżo zmielona kawa z lokalnej palarni oraz kubek podróżny, a także własnoręcznie wypisana kartka z podziękowaniami za wybór od doktora. Potem zostałam zaproszona do poczekalni, gdzie zanim pojawił się lekarz, miałam okazję się trochę porozglądać. Wygodne fotele i miękkie dywany! Dla dorosłych, kawa, woda i przekąski, dla dzieci kącik zabaw, z play station jako główną atrakcją. Nic dodać nic ująć, kwintesencja amerykańskiej obsługi klienta!



W marcu zamykaliśmy też pierwszy wspólny sezon łyżwiarski. Bardzo dziękujemy naszym kanadyjskim przyjaciołom za zarażenie sympatią do tego sportu.


Wielkanoc przyszła nawet nie wiem kiedy!




A na koniec miesiąca posadziłam bratki przed domem. Mam nadzieję, że przetrwają te wiatry i zmiany pogodowe!


Taki był mój marzec. Ciekawe co przyniesie kwiecień!

2 comments:

  1. U nas pogoda tez nie moze zdecydowac sie na sezon. Najpierw cala sobote na przemian zamiecie sniezne z soczystym sloncem, w niedziele rano zimnica ktora po uporczywym halniaku przeistoczyla sie w plus 23 wieczorem po to tylko zeby w poniedzialek powitac nas pruszacym sniegiem i zerem na termometrze a dzisiaj rano MINUS 5 bynajmniej nie zachecalo do zrzucenia kolder....jutro na szczescie plus 13 czyli bardziej ludzka temperatura. Az takich skokow chyba jeszcze nie doswiadczylam. Nie mowy o kwiatkach przed domem. Wszystko jeszcze szare i bure, zupelnie kwietnia nie czuc. Wrocilismy w ubieglym tygodniu z Nashville a tam wiosna w pelni. Cieplusko, zielono i wszystko kwitnie w roznych kolorach. Az z utesknieniem wyczekuje cieplych dni...Pozdrawiam 😉

    ReplyDelete
    Replies
    1. Patricia, w PA podobnie i tak jak w przysłowiu o kwietniu tym razem :). Moje bratki przed domem mają się kiepsko, mój syn na sam koniec tej nazwijmy to zimnicy przedwiosennej, złapał przeziębienie. Słowem byle do lata! Pozdrawiam!

      Delete

Porozmawiajmy!